CEZARY KRYSZTOPA: Swąd płonącego multi-kulti

Nad Europą unosi się chmura CO2, która nadciągnęła znad dogasających szczątków francuskiego multi-kulti. Nie tylko francuskiego, ale w ostatnich dniach to Francja stała się symbolem upadku postępowych złudzeń.

Nie odczuwam jednak z tego powodu satysfakcji. Z tego, że dla policjanta oskarżonego o zastrzelenie młodocianego, który uciekał przed policją, zebrano cztery razy więcej pieniędzy niż dla rodziny młodocianego, wynika, iż spora część Francuzów zachowała resztki instynktu samozachowawczego. Z sondaży wynika, że miażdżąca większość Francuzów potępia zamieszki i niszczenie mienia. Nie zasłużyli więc na to by spłonąć wraz z postępowymi złudzeniami. Są ofiarami chorego systemu, który zbudowały ich tak zwane „elity”.

Byle co

Swąd płonącego multi-kulti dotarł również do Polski. Nieoficjalnie mówi się, że Donald Tusk dostał przyzwolenie na antyimigrancką retorykę „ z samej góry”, z Brukseli, a być może nawet z Berlina. W każdym razie od sił, które ostatnio jawnie już ogłaszały, że „jako jedyne są zdolne zastąpić PiS w Polsce”. No i pojechał, jak to Tusk, który całe swoje rządy mówił byle co, czasem kompletnie sprzeczne z byle czym, które mówił poprzednio. A i po powrocie z brukselskich wojaży na polskie podwórko był już katolikiem, którego matka „kreśliła znak krzyża nożem na chlebie”, radykalnym proaborcyjnym aktywistą, a teraz, zgodnie z naukowymi osiągnięciami współczesnego łysenkizmu, przyjmuje już hormony antyimigracyjnego „faszysty”.

I tak, chodzi o dokładnie tego samego Donalda Tuska, który jeszcze kilka lat temu, jeszcze jako brukselski mandaryn, groził Polsce konsekwencjami w związku z odmową przyjmowania przymusowych kontyngentów nielegalnych imigrantów, którzy nie sprawdzili się po wprowadzeniu w Niemczech polityki „Herlizch Willkommen”. Z drugiej strony być może jest w tym taka konsekwencja, że wtedy chodziło o imigrantów nielegalnych, a teraz Tusk, w swoich groteskowych nagraniach, uderza w imigrantów legalnych. Ktoś złośliwy zauważyłby, że to dla platfonsa symptomatyczne.

Czy Donald Tusk jest w stanie kogokolwiek do swojej „przemiany” przekonać? W moim głębokim przekonaniu co najwyżej rozśmieszyć. Żelazny elektorat PO doskonale wie, że Tusk puszcza oko i pozwoli mu na wszystko, równie dobrze mógłby ogłosić, że poprowadzi Marsz Niepodległości, albo pójdzie na kolanach do Częstochowy. Nie widzę jednak elektoratów niezdecydowanych, których taka wolta mogłaby przekonać.

Uwaga

Co jednak warto zauważyć, swąd płonącego multi-kulti, powinien być również wyczuwalny w budynku KPRM. Powinien, ponieważ w zamieszkach uczestniczyli nie tylko beneficjenci ostatniego wspólnego projektu imigracyjnych aktywistów i przemytników ludzi, ale również potomkowie imigracji jak najbardziej legalnej z poprzednich lat. I choć być może oczywistym jest, że rozwijająca się gospodarka potrzebuje rąk do pracy, to system musi być na tyle szczelny, żebyśmy za kilkanaście-kilkadziesiąt lat, nie musieli oglądać na polskich ulicach obrazów znanych nam dziś z ulic francuskich.

Pazerni – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Mamona, mamona. Czego się nie robi, by chapnąć co się tylko da. Piłkarze wyłażą ze skóry – ale nie na boisku, a w reklamie. Why? Dlaczego tak niszczą sympatię kibiców, no i honor. Ciekawe ile można zarobić za przyjście przed kamerę i kłapnięcie jednym słowem. Głupie scenariusze reklam działają ponoć – zdaniem reklamodawców na świadomość telewidzów. To wątpliwe chyba, że kora mózgowa zardzewiała lub spróchniała.

Telewizje, radia żeby przeżyć muszą wpuszczać na antenę cały ten ściek. Są oczywiście reklamy w miarę kulturalne, zabawne i niegłupie. Np. takie było „ojciec prać!” albo „Pyrkosz, pyrkosz, a nie jedziesz”. Ale to wyjątki.

Dlaczego nie interweniuje KRRiTV? To nie jest wbrew wolności słowa. To działania w obronie gwałtownych doznań estetycznych widzów. W obronie jest niedoskonała, jakby bezradna. Przecież chamstwo, bezguście i tupet nie powinny być tolerowane. Nieśmiałość stróżów porządku medialnego to rodzaj tchórzostwa i niewypełnianie przyjętych obowiązków. A cóż jest ważniejszego niż pilnowanie, by media były dla społeczeństwa a nie przeciw niemu. Stróże karzą czasem za różne skrajne pomysły, ale to nie wystarcza. Głupota pozostaje bezkarna. Oczywiście trudno ją mierzyć, ale można. Wystarczy by decyzję powierzyć ludziom, którzy są najkrócej mówiąc „na poziomie” i poziom przekazu utrzymywać będą kierując się oceną estetyki , etyki i sensu.

Nie każdy może być jurorem. Dotyczy to wszelkich sędziów i takich ludzi, których wybieramy by oceniali. W ocenie ważne jest by wiedzieć i mieć odwagę. Nie zastąpią tego papierkowe przepisy i kolubrynowe regulaminy. Niestety nawet uznawani idole przysparzają kiczu. Czy się nie wstydzą? Przecież zarabiają bardzo dobrze. Ale wiadomo – masz milion to chcesz mieć dwa. Pazerność jest jak opium. Łykniesz i już nie jesteś sobą. A dlaczego pomagać tym bogatym – choć jak się mówi – biednym w gruncie rzeczy ludziom. Są – mówi się uzależnieni. Niestety to uproszczenie. Pazerność to nie choroba. Pigułek na to nie ma. Ale jest fiskus, urząd podatkowy.

Zarobki miesięczne sięgające kilkudziesięciu tysięcy to kpina. A uciekanie do rajów podatkowych – to kpina podwójna. Rechot cwaniaków tolerowany jest ciągle. Władza się zmienia. I nic nie robi by to nadużycie zlikwidować. Wyalienowali ze społeczeństwa są krytykowani, ale kpią sobie z tego. Mówi się, że to dotyczy niewielu. A jednocześnie – tak naprawdę – nie wiemy ilu ludzi w naszym kraju korzysta z „podatkowych rajów”. Oni w reklamach medialnych nie występują. Biznes lubi dyskrecję. Tak – zgoda, ale biznes uczciwy. Transparentny.

Mamy wolność słowa jak nigdy. Korzystajmy z tego koledzy dziennikarze.

 

Drugi Katyń – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o sprawcach obławy augustowskiej

W pierwszej połowie lipca 1945 r. na Suwalszczyźnie sowieci przeprowadzili tzw. obławę augustowską. To największa po II wojnie światowej zbrodnia dokonana na Polakach, podczas której oddziały NKWD i Armii Czerwonej zatrzymały ok. 7 tys. osób; prawie 600 podejrzewanych o powiązania z AK-owskim podziemiem wywieziono i zamordowano w nieznanym do dziś miejscu.

W mordzie, zwanym „drugim Katyniem”, brał udział Mirosław Milewski, który pracę w bezpiece rozpoczął jako 16-latek, w 1944 r. Oprócz tego (a może przede wszystkim) współpracował z sowieckim kontrwywiadem „Smiersz”. W III RP został oskarżony z powództwa Czesława Burzyńskiego o to, że jako funkcjonariusz WUBP w Białymstoku w marcu 1947 r. bezprawnie aresztował tego żołnierza Armii Krajowej (żołnierze AK podlegali wówczas amnestii) i wydał go NKWD. Sowieci sądzili Burzyńskiego za zdradę sowieckiego państwa i… nielegalne przekroczenie granicy; do Polski wrócił po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie, przez co został inwalidą I grupy. Burzyński śledził błyskotliwą karierę Milewskiego, który dochrapał się stołka szefa komunistycznego MSW i stopnia generała dywizji SB, będąc jednym z najbardziej tajemniczych i zaufanych ludzi Moskwy.

Nazwisko Milewskiego pojawia się w kontekście zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery „Żelazo” – dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy MSW) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z „imperialistycznego” wówczas Zachodu. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo – z powodu przedawnienia – umorzone (przez prokuratora III RP). Również proces z wniosku Burzyńskiego – jak się łatwo domyślić – nie zakończył się nigdy. Milewski zmarł w 2008 r.

W obławie augustowskiej brał również udział, jako dowódca w 1. Praskim Pułku Piechoty, późniejszy pułkownik komunistycznego kontrwywiadu wojskowego Maksymilian Schnepf, ojciec ambasadora RP m.in. w Stanach Zjednoczonych Ryszarda Schnepfa.

Jak pisała „Gazeta Polska”: „matka b. dyplomaty, Alicja była funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zwalczającym podziemie niepodległościowe, zaś krewny Oswald Sznepf jako sędzia wojskowy wydał co najmniej kilkanaście wyroków śmierci na Żołnierzy Wyklętych. Nikt z rodziny Sznepfów nie został ukarany za walkę z uczestnikami podziemia niepodległościowego. Alicja Schnepf straciła rentę specjalną za walkę z Żołnierzami Wyklętymi dopiero w latach 90.”

Schnepf junior tak to tłumaczył: „Od 1944 r. w Polsce trwała właściwie wojna domowa. Ludzie różnie wybierali. Dziś historię tę opisuje się jednostronnie. Wyklętych pokazuje się wyłącznie jako patriotów, którzy do końca nie złożyli broni. (…) Mój ojciec był żołnierzem. Pod Lenino nie walczył za Związek Radziecki, tylko za wolną Polskę. To jego oddział pierwszy przeszedł ze wschodniego na zachodni brzeg Wisły. Był dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari. Brał udział w zdobyciu Berlina. Nie mam powodu, by się tego wstydzić”.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy Rosjanie wysadzą elektrownię jądrową w Zaporożu?

Niedawno szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow powiedział, że rosyjskie wojska zaminowały okupowaną od lutego 2022 roku zaporoską elektrownię atomową, największą w Europie. 25 czerwca Rosjanie mieli zakończyć przygotowania do ewentualnego ataku terrorystycznego. W pobliżu czterech z sześciu jednostek napędowych umieszczono ładunki wybuchowe.

22 czerwca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że Rosja rozważa scenariusz ataku terrorystycznego na zajętą zaporoską elektrownię jądrową. Rosyjscy pracownicy zaczęli opuszczać Energodar, a okupanci ostrzegli resztę pracowników, że muszą odejść do 5 lipca. Zełenski dodał, że pracownicy stacji to obywatele Ukrainy, ale kierownictwo sprowadzono z rosyjskiego Rosatomu. Ukraińskie kierownictwo zostało deportowane i obecnie przebywa w niewoli.

Prezydent Ukrainy ostrzegł świat, że: „zaporoska elektrownia jądrowa jest zaminowana”. Potwierdziła to  Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA).

W rozmowie z hiszpańskimi mediami Wołodymyr Zełenski powiedział, że nawet jeśli Rosjanie opuszczą zaporoską elektrownię jądrową, zagrożenie nie minie, ponieważ okupanci mogą zdetonować zdalnie podłożone tam ładunki. Jest to niebezpieczne nie tylko dla Ukrainy, ale i dla reszty Europy, ponieważ emisje promieniotwórcze mogą rozprzestrzeniać się po całym kontynencie.

Prezydent Ukrainy zaznaczył, że omawiał tę sytuację z dyrektorem generalnym MAEA Rafaelem Grossim. Obaj stwierdzili, że po przekazaniu elektrowni Ukrainie, MAEA będzie potrzebowała sił, środków i ludzi, aby ją dokładnie sprawdzić.

Możliwość rosyjskiego ataku terrorystycznego na elektrownię jądrową ocenili analitycy American Institute for the Study of War (ISW). Rosyjscy okupanci „najprawdopodobniej” nie spowodują umyślnie wypadku w zaporoskiej elektrowni jądrowej, ponieważ „nie będą w stanie sami kontrolować jego skutków” – czytamy w analizie ISW. Według analityków „konsekwencje ataku terrorystycznego na ZNPP dla Rosjan mogą być gorsze niż problemy z kontrofensywą dla Sił Zbrojnych, więc Rosja prawdopodobnie będzie kontynuować politykę groźby katastrofy nuklearnej”. Instytut nie wykluczył jednak całkowicie możliwości ataku terrorystycznego. W takim przypadku, zdaniem ekspertów, Rosja może zastosować trzy scenariusze. Pierwszy polega na zrzuceniu zanieczyszczonej wody z ZNPP do Zbiornika Kachowskiego, aby uniemożliwić Ukraińcom przejście przez już w dużej mierze osuszony zbiornik. Drugi zakłada stworzenie radioaktywnego pióropuszu, który pokryje duży obszar południowej Ukrainy. Trzecim jest spowodowanie wypadku, który obejmie mały promień wokół elektrowni, aby uniemożliwić ofensywę Sił Zbrojnych w tej okolicy.

Ponadto Rosja ucieka się do „zwykłej polityki oskarżania Ukrainy o swoje zamiary” – tak ISW skomentował słowa rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej, która stwierdziła o rzekomym „przygotowaniu Ukrainy do atak na ZNPP”.

„Absurdalne rozumowanie Zacharowej jest typowe dla działań informacyjnych Kremla o rzekomych zagrożeniach bezpieczeństwa ZNPP. Kreml regularnie uciekał się do groźby eskalacji nuklearnej i ostrzegał przed zagrożeniami dla ZNPP, stworzonymi głównie przez Rosję, próbując wywrzeć presję na Ukrainę, by ograniczyła swoje działania militarne i uniemożliwiła dalsze wsparcie Zachodu dla Ukrainy” – stwierdzili eksperci ISW.

Konkludując, analitycy zauważają, że „stworzenie groźby wypadku w ZANP może zostać wykorzystane przez Rosję do zastraszenia Ukrainy w celu powstrzymania kontrofensywy na południu, a także do wywarcia presji na Zachód przed szczytem NATO w Wilnie”.

Według Olega Korikowa, szefa Państwowego Inspektoratu Regulacji Jądrowej Ukrainy jedyną opcją zapewnienia bezpieczeństwa elektrowni jest zakończenie jej okupacji, rozminowanie i powrót pod kontrolę legalnego ukraińskiego operatora.

Zdaniem ukraińskich analityków, zaporoska elektrownia to nie jedyne miejsce, gdzie Rosjanie mogą przeprowadzić atak terrorystyczny.  Z raportu wywiadu wynika, że wojska rosyjskie przygotowują prowokację w zakładach chemicznych Tytan Krymski, znajdujących się w mieście Armiańsk na okupowanym Krymie, poinformował 2 lipca na swoim profilu na Telegramie Ołeksandr Prokudin, szef Chersonskiej Obwodowej Administracji Wojskowej. Okupanci mieli przywieźć na teren zakładu materiały wybuchowe i zaminować go. „Prawdopodobny wybuch spowoduje uwolnienie do atmosfery tysięcy ton toksycznych substancji i doprowadzi do śmiertelnego zagrożenia dla ludzi i środowiska” – zauważył Prokudin. Dodał, że z powodu takich działań rosyjskiej armii mogą ucierpieć mieszkańcy Krymu, siedmiu regionów Ukrainy, a także Turcji, Polski i samej Rosji.

27 czerwca ukraiński wywiad poinformował również, że armia rosyjska rozpoczęła prowokację z użyciem broni chemicznej na okupowanych terytoriach obwodu zaporoskiego. Zdaniem oficerów wywiadu ofiarami prowokacji będą żołnierze rosyjskiej armii okupacyjnej. Rosja planuje wykorzystać ślady broni chemicznej na ich ciałach jako fałszywy dowód w celu oskarżenia Ukrainy.

 

WALTER ALTERMANN: O potrzebie kształcenia artystycznego (1)

Są wakacje, więc odpoczywamy. A głównie odpoczywają dzieci i młodzież. I bardzo to dobrze, bo nauka to ciężka praca. Ale wykorzystajmy ten czas na rozmowy o naszej polskiej edukacji. W kilku kolejnych felietonach podejmę temat istotnych braków i błędów naszych szkół. A właściwie są to głównie zaniechania naszego szkolnictwa. Na tyle istotne, że warto o nich porozmawiać.

Nie chodzi mi o to, czy polska szkoła powinna być bardziej czy mniej polityczna, bardziej czy mniej patriotyczna. Chodzi mi o podjęcie przez szkolnictwo trudu kształcenia artystycznego i właściwego nauczania poezji. A także o postępująca głuchotę muzyczną Polaków.

Z przerażeniem odkrywam, że coraz więcej ludzi około 50-tki, a i młodsi, nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce. Są wśród tych ignorantów osoby wykształcone, rozumne nawet, ale ich podejście do sztuki boleśnie zaskakuje. Jak to możliwe, że w kraju, w którym wykształcenie średnie jest obowiązkowe, a wyższym szczyci się coraz więcej Polaków, rozumienie i właściwe odczuwanie sztuki jest nadal na poziomie lat 50-tych? To te 70 lat poszło na marne?

Sztuka zdegenerowana

W latach PRL propaganda świadomie schlebiała ćwierćinteligentom, nie mówiąc już o tzw. „ludzie” w ich odrzucaniu sztuki współczesnej. Gazety codzienne a nawet szanujące się tygodniki, pokpiwały sobie z malarstwa Picassa, który był sztandarowym przeciwnikiem realizmu socjalistycznego. Bo jakże to można tak malować, żeby portret kobiety miał oczy na czole, a nos był trójkątem usadowionym tam, gdzie ludzie mają uszy?

Niestety, w tamtych latach w Polsce akceptacji sztuki nowoczesnej nie było. Owszem nie było też jawnego potępienia, ale wytwarzany przez media klimat deprecjacji istniał. Niestety także, byliśmy wtedy niechlubnymi – choć być może nieświadomymi – kontynuatorami stosunku hitlerowców i stalinowców do sztuki nierealistycznej, nieprzedstawiającej. Bo zarówno Niemczech hitlerowskich, jak i w ZSRR potępiano „bohomazy”. Hitlerowcy osławili się wystawą „Sztuki zdegenerowanej, murzyńskiej i żydowskiej”. W ZSRR nie posunięto się tak daleko, ale wystaw sztuki nowoczesnej nie było.

Niemcy oczekiwali sztuki sławiącej germańską krzepę, szerzącej kult siły i mięśniaków. I taką stawiali za wzór. W ZSRR propagowano również prostotę i siłę, a tematem malarstwa były prace polne rolników, trud górników i hutników. Krótko mówiąc – od sztuki władcy obu mocarstw oczekiwali w treści nachalnej propagandy, wyrażanej prosto, żeby nie powiedzieć prostacko.

Malarstwo jak fotografia

Artyści przez całe wieki tworzyli obrazy i rzeźby coś przedstawiające. Od Średniowiecza najczęstszymi tematami malarstwa europejskiego były wizerunki i starotestamentowe historie Boga, oraz świętych z Nowego Testamentu. Potem szły obrazy ukazujące świętych średniowiecza, władców Kościoła i znaczących królów, książąt i pomniejszej arystokracji.

Od renesansu pojawia się malarstwo odwołujące się do antyku greckiego i rzymskiego. Powstają też w malarstwie włoskim i holenderskim przedstawienia z dnia codziennego mieszczan, martwe natury i pejzaże.

Zwróćmy uwagę na jeden ważny problem – dobrzy europejscy malarze zasłynęli nie tylko dlatego, że świetnie władali pędzlem, oddając realistycznie portretowanych i przedstawiając widoki wiejskie. Oni zdobywali uznanie dzięki doskonałej kompozycji swych obrazów. Tym zresztą od zawsze różni się sztuka przeciętna od doskonałej, że ta druga nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ona ją stwarza. Z biegiem wieków malarstwo staje się twórczością autonomiczną, coraz bardziej odrywa się od – popełnijmy tu świadomie anachronizm – „fotografizmu”.

Dopiero z wynalezieniem w XIX wieku fotografii malarstwo zostaje uwolnione od obowiązku realistycznego przedstawiania świata. Artyści zajmują się coraz bardziej malowaniem swojego świata wewnętrznego. W końcu zupełnie poświęcają się komponowaniu na płótnach obrazów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, którą może dostrzec każdy w codziennym życiu. Malarstwo uzyskuje pełną autonomię, liczą się jedynie napięcia kierunkowe, wzajemny stosunek abstrakcyjnych linii, figur i nastrój obrazu.

O potrzebie edukacji artystycznej

W naszych liceach przybywa nowych zajęć – pojawiają się lekcje z zakresu elektroniki, mechatroniki i księgowości. I bardzo mnie to cieszy, bo świat pędzi, więc pędźmy za nim – nie wyprzedzając go jednak, bo to się zawsze źle kończy.

Niemniej uważam, że w liceum i ostatnich klasach szkół podstawowych jest właściwy czas na to, by młodych ludzi poznać ze sztuką. W innym wypadku wychowamy pokolenia robotów przeznaczonych jedynie do roboty.

Wiem, że poloniści nie są na takie wyzwania przygotowani, ale wiem też, że za nieduże pieniądze można „wynająć” na cykl kilkunastu lekcji znawców przedmiotu. Są nimi nie tylko wykładowcy szkół artystycznych, mogą to być studenci ostatnich lat tych akademii i historycy sztuki. Szczególnie mogliby być ci ostatni, bo kształcimy kulturoznawców coraz więcej, którym potem trudno o pracę.

Coś mi to przypomina

 latach 60-tych w jednym z klubów studenckich w Łodzi zainstalowano wystawę kilkunastu obrazów, młodej absolwentki łódzkiej PWSSP. Nazwisko malarki pominę, bo nie jestem pewien jak przyjmie tę anegdotę. Po otwarciu wystawy odbyła się dyskusja.

Z początku wszyscy milczeli, w końcu głos zabrał ważny działacz Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Piszę kto zacz, bo był to świeży absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i osobnik szykujący się do poważnej kariery. A powiedział tak:

– Ja powiem, jako zwykły studencki turysta… Te obrazy przypominają mi groty, bo jestem również grotołazem.

Autorka podziękowała mu serdecznie, bo uważała, że jeżeli komukolwiek jej malarstwo cokolwiek przypomina, to dobrze, bo znaczy to, że poruszyła ludzkie emocje. Prawdę mówiąc obrazy były abstrakcyjne, choć trochę w swych barwach i liniach mieszczańskie, to znaczy nadające się do dekorowania mieszczańskich wnętrz.

Ta anegdotka przypominała mi się, ilekroć słyszałem OKĘ, pieśń I Korpusu:

 

            Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen?

            Co ci przypomina, co ci przypomina

            Widok znajomy ten?

 

Tekst pieśni napisał, jak wiemy, Leon Pasternak. I jemu Oka mogła się kojarzyć z Wisłą. Natomiast nam malarstwo współczesne musi się kojarzyć jedynie z malarstwem. Żeby tak było, trzeba jednak ludzi uczyć rozumnego obcowania ze sztuką za młodu.

Pamiętam, że ze szkołą podstawowa w Łodzi, byliśmy wielokrotnie w muzeach. Można było wtedy? To można chyba i teraz. Co prawda pewien mój znajomy, wszędzie wietrzący spiski, z pewnością wykryłby w tym ciąganiu dziatwy do muzeów jakąś komunistyczna niecność, ale ja zapamiętałem fascynujące spotkania z malarstwem, i to głównie religijnym.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Eksperymenty? Tak, ale na myszach

Publiczna telewizja jest nasza, społeczeństwa. Powinniśmy zatem mieć wpływ na program. A tu nagle zdjęto z anteny magazyn potrzebny, popularny o ustalonej od lat renomie – kryminalny program 997  Dariusza Bohatkiewicza. Decydenci z Woronicza, szanujcie mnie i innych telewidzów choć trochę. Właśnie jako współwłaścicieli tej instytucji powszechnego zaufania. Tak z dnia na dzień – won i do kosza?

Jeśli program chodzi z aprobatą telewidzów ileś tam już lat, wyjaśnia długo niewyjaśnione, prowadzący zna się na branży i ma kontakty – dlaczego to wszystko marnować? W telewizyjną twarz, żeby się nią stała, trzeba sporo włożyć. Telewizja to inwestycja. Częste rotacje jej nie służą. Panienki z okienka, które migają jak w kalejdoskopie będą zaakceptowane, jeśli nie tylko się urodziwie pokażą, ale dopiero gdy mądrze rzekną. Media chłoną. Ludzie umiarkowanie wierzą, żeby dotrzeć, trzeba przekonać, wybrnąć z tego galimatiasu. Jak mówił w serialu aktor Buczkowski: żeby wyjąć – trzeba włożyć.

Kryminały, kryminałki, poszukiwanie zbirów to ważna sprawa, eksperymenty niewskazane. Bo będzie jak z piłką nożną. Kolejny importowany za grube pieniądze trener emeryt to strzał chybiony. Może był kiedyś dobry, ale już nie jest. Przegrać każdy może, ale trzeba walczyć. W drugiej części tragicznego meczu trener… Ustał. Patrzył jak nas bezceremonialnie leją i oniemiał, nie podejmował żadnych decyzji i za to głównie go ganię.

Ten pan miał w dyspozycji zgraną drużynę składającą się z reprezentantów najlepszych zespołów piłkarskich Europy i postanowił być odnowicielem, afrodyzjakiem. Nie sprawdziło to się ani z Niemcami ani z ubożuchną Mołdawią. I się nie sprawdzi. Trzeba wrócić do składu sprawdzonego i stopniowo, bardzo ostrożnie czynić zmiany. Po prostu! A najpierw dziadkowie działacze dumający gdzieś tam w kulisach mianujcie trenerem Kubę Błaszczykowskiego. Ten eksperyment popieram. Sprawdzi się! No i jest nasz. Cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie co posiadacie. Michniewicz śmieje się teraz w kułak. Po arabsku.

Bandytami Prigożina teraz nas straszą. Nadciągają kupą. Rajd Prigożina to osłona dla wyczekujących pod płotem na okazję migrantów. Pomysł Łukaszenki jest taki, aby ich przepchnąć wraz z tymi, którzy ciągle nadciągają. Moim zdaniem atak może nastąpić w czasie wileńskich obrad NATO.

Decydenci radzą. A tu trzeba zastawić pułapkę. Gdy zbrodniarze zniszczą płoty i ruszy lawina zgromadzona za zaporą, trzeba zaczaić się na prigożinową zgraję i wyciąć ich doszczętnie. Wszyscy odetchną. Putinowsko-Łukaszenkowski pomysł spali na panewce. Zbój triumfować nie będzie. Ciekawe, co na to nasi generałowie?

 

WALTER ALTERMAN: Nowy porządek świata? (5)

Lekceważone całymi latami przez Zachód Chiny, Indie i Brazylia stały się potęgami gospodarczymi. A właściwie nie tyle „stały się” ile Zachód stworzył ich potęgę. Dal swego zysku, nie przewidując, że Chiny – dla przykładu – nie będą przez wieki produkowały badziewia – po 5 zł wszystko.

Jakby nie było – na politycznej mapie świata zaistniały już nowe potęgi. XX wieczny podział na dwa bloki: USA i Zachód Europy oraz ZSRR z podbitymi państwami Europy Wschodniej rozsypuje się na naszych oczach. Zmiany, które zachodzą mogą przynieść światu nowe oblicza współpracy, ale mogą też doprowadzić do wojen i w nieznanej dotychczas skali kataklizmy.

Kto nas rozbroił?

Mało kto pamięta, więc przypomnę, że na początku lat 90-tych, wraz z upadkiem Demoludów, z wyprowadzaniem wojsk sowieckich z Europy Wschodniej potęgi świata zawarły pewien kontrakt. Jego istotą było głównie rozbrojenie dawnych satelitów ZSRR. Układ był cichy, ale działał.

To wtedy przyjęto, że polska armia ma liczyć 100 tysięcy żołnierzy, a właściwie jeszcze mniej, bo w tych 100 tysiącach mieścić się miała także cywilna obsługa wojska. Wtedy to określono ilość samolotów, czołgów, armat i haubic jakie może posiadać nasza armia.

Od początku podejrzewałem, że ten okrutny żart musiał wymyślić wyjątkowy znawca polskiej historii – albo z USA, albo z ZSRR. Bo przecież ta stutysięczna armia była znakiem próby odrodzenia państwa polskiego, tuż przed całkowitym upadkiem i rozbiorami. Przecież to Sejm Czteroletni podjął uchwałę o powiększeniu naszej armii do 100-tysięcy. Ale było już za późno, szkolenie ówczesnego żołnierza musiało trwać cztery lata, nie było chętnych do wstępowania do armii – skutkiem tego skończyło się na uchwale. Co zresztą jest naszą historyczną specjalnością – wiara, że uchwały nam wystarczą. Zawsze robimy wiele szumu przy podjęciu jakichś uchwał, ogłaszamy je za sukces, ale gdy z wykonaniem tychże jest marnie, milczymy.

Wreszcie się zbroimy 

Mam jednak serdeczną nadzieję, że w sprawach dzisiejszej armii nie skończy się na szlachetnych uchwałach. Choć… na tym łez padole nic nie jest pewne.

Przypomnę, że przez ostatnie piętnaście lat dwie główne partie polityczne, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, toczyły i toczą spór o „zasługi i zaniechania” w dziele „wzmacniania lub upadku” polskich sił zbrojnych. A tak naprawdę, jeśli uwzględnić już zrealizowane kontrakty, na czoło nie wysuwa się ani PiS, ani PO lecz SLD, ale uwzględniając zamówienia zrealizowane przez lewicę, ograniczone możliwości finansowe państwa powodowały, że tzw. program modernizacji sił zbrojnych był nim tylko z nazwy. Tak naprawdę był to program utrzymywania minimalnych zdolności bojowych.

Kupiliśmy wówczas od USA 48 sztuk F-16 i zaczęliśmy produkować Rosomaki, na licencji fińskiej. Oba kontrakty miały jednak spore wady. Przy podpisywaniu umów USA zobowiązały się do offsetu, czy do inwestowania w Polski przemysł zbrojeniowy oraz w polski przemysł w ogóle. Niestety jakoś tak wyszło, że Stany Zjednoczone nie śpieszyły się z wypełnianiem swych zobowiązań. Gdy zaczęliśmy się tego domagać, USA przedstawiły nam podobno listę inwestycji USA w Polsce. Otwierały ją fabryki Coca-Coli i Pepsi-Coli, jeszcze z czasów Gierka.

Z Amerykanami trudno jest robić interesy zbrojeniowe. Po pierwsze: to oni mają najlepszy sprzęt i mogą stawiać trudne warunki, z czego korzystają. Po drugie: wszystkie fabryki zbrojeniowe USA są przedsiębiorstwami prywatnymi. I gdy my cieszymy się, że Kongres wyraził zgodę na sprzedanie nam tego czy owego, i gdy uważamy sprawę za już załatwioną, to schody zaczynają się przy negocjacjach cenowych, bo trzeba je prowadzić nie władzami USA, lecz z prywatnymi przedsiębiorstwami, a one chcą zarobić. I to jak najwięcej.

Republika Korei – nasz nowy sojusznik

Dlatego tak ważne są umowy na broń z Koreą Południową. Od razu powiedzmy, że nasze zakupy uzbrojenia w Korei nie wywołały zachwytu w USA. Wywołały natomiast zdziwienie, a nawet zaniepokojenie – szczególnie, że niejako w pakiecie zamówiliśmy u Koreańczyków budowę elektrowni atomowych. Głębokie zdziwienie – a w języku dyplomacji jest to oburzenie – wyraził w tej sprawie sam ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński, mówiąc, że skoro USA sprzedają nam samoloty, rakiety i inną broń, to wszystkie elektrownie powinniśmy zamawiać u nich.

Coś mi to przypomina starą anegdotę z czasów komuny: „Owszem dość drogo kupiliśmy w ZSRR czołgi, ale w ramach wzajemności możemy teraz znacznie taniej sprzedać im kilka naszych fabryk cukru”. Niestety, świat zbrojeń to także świat biznesu.

Kooperacja, współpraca, współprodukcja – w przypadku takich współdziałań – z Koreą jest bardziej możliwa niż z USA, bo w Korei, podobnie jak u nas, w przemyśle zbrojeniowym większość udziałów ma państwo. Nadto, Seulowi zależy na tym, aby mieć w Europie partnera do dalszych poważnych interesów przemysłowych, także cywilnych. A sam fakt wyboru dwu kierunków zamówień wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną w stosunku do dominującego partnera, do USA.

Przy okazji – radziłbym rządowi okazywanie o wiele mniejszego entuzjazmu, nawet przed wyborami, z okazji kolejnych zakupów broni w świecie. Bo tym samym dajemy kontrahentom znak, jak bardzo nam zależy, czyli że mogą jeszcze podbić ceny

Nowy podział świata

Obecna wojna na Ukrainie jest skutkiem upadku imperium sowieckiego. Rosjanie w dalszym ciągu wierzą, że ich państwo będzie silne wtedy, gdy wchłoną na powrót Ukrainę. Tak myśleli od czasów niewoli tatarskiej i tak myślą dzisiaj. Naprawdę zadziwiająca jest ta stabilność celów i metod politycznych Rosji. Zadziwiając i przerażająca. Największy kraj świata nie jest w stanie zająć się samym sobą, swoimi obywatelami – ich poziomem życia, opieką medyczną i wykształceniem.

Sytuacja nie jest wesoła. Ale tak jest zawsze, gdy upadają imperia. Upadek Rzymu, a potem Bizancjum, trwał kilkaset lat. I były to lata okrutnych wojen na terenie Europy. To w czasie upadku Rzymu i Bizancjum zaczęły się też kształtować nowe europejskie państwa, to wtedy napłynęły do Europy nowe plemiona i narody. Między innymi i my – Polacy.

Ile będzie trwało kształtowanie się nowego politycznego świata? Jakim to będzie kosztem? Czy świat wpadnie w nową wojnę? Tego nikt nie wie. Nawet najbardziej szanowani politolodzy z USA. No, ale oni zawsze się mylą, bo żaden z nich nie przewidział nawet upadku ZSRR.

 

 

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

Prosta historia urzędniczo-partyjnej bezduszności. Rozmowa z red. JANUSZEM ŻYCZKOWSKIM

To był temat, który należało opisać, a władza, jaka ona by nie była, po prostu miała zareagować na ten skandal. Tymczasem pojawiły się naciski na naszą gazetę i atak na dziennikarzy  – mówi Janusz Życzkowski, redaktor naczelny „Gazety Lubuskiej”, jeden z laureatów Nagrody Głównej w Konkursie Oddziału Wielkopolskiego i Lubuskiego SDP, za publikacje o aferze w gorzowskim WORD.

Gratuluję Panu i dziennikarzom „Gazety Lubuskiej” Nagrody Głównej w Konkursie Oddziału Wielkopolskiego i Lubuskiego SDP. Afera w gorzowskim WORD, za opisanie której zostaliście nagrodzeni, sprawa wydawać by się mogło lokalna, w ubiegłym roku odbiła się szerokim echem w całej Polsce. Jak ten temat trafił do waszej redakcji?

Bardzo się cieszymy z tej nagrody, bo rzeczywiście ta sprawa, opisywanie jej, kosztowało nas dużo pracy i zaangażowania. Pociągnęła też za sobą rożne historie, z którymi musieliśmy się mierzyć i mierzymy się do dziś. Nagroda jest dla trzech dziennikarzy – Michała Olszańskiego, Roberta Bagińskiego i dla mnie, bo to my na łamach „Gazety Lubuskiej” pisaliśmy o tej sprawie, ale trzeba też wspomnieć o Marcinie Kędrynie, moim ówczesnym zastępcy, który tekstów stricte informacyjnych nie pisał, ale zajmował się tematem od strony publicystycznej. Dużo razem rozmawialiśmy jak tę sprawę wyświetlać, na co zwracać uwagę, jak opisywać, doświadczenie Marcina było tutaj dla nas dużym wsparciem.

Jak to się zaczęło?

Pamiętam ten dzień, weekend majowy, byłem z rodziną na wycieczce w Pradze, kiedy odebrałem telefon od Roberta Bagińskiego, do którego zgłosiła się pani Magdalena Szypiórkowska, główna bohaterka i domniemana poszkodowana w aferze WORD. Robert mówił: „jest taka sprawa, to jakaś obyczajówka, nic politycznego, temat dotyczący możliwego mobbingu w miejscu pracy, chodzi o gorzowski Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego”. I opowiadał dalej, że zgłosiła się do niego kobieta, która napisała list i zostawiła go u poseł Krystyny Sibińskiej (PO) z prośbą o interwencję, ale chyba nic się tam nie dzieje i dlatego pyta czy redakcja mogłaby się tym zająć. Powiedziałem wtedy: „dobrze, wyślij mi ten list, zobaczymy co to jest”. Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy z tego jak bardzo rozwinie się ten temat, jak zacznie eskalować w mediach ogólnopolskich.

Dlaczego tak się stało?

Sprawa stała się głośna, ze względu na to, że mieliśmy tutaj prostą historię zderzenia jednostki z całym aparatem urzędniczo-partyjnym. Jedna osoba musiała toczyć boje o swoje racje, o zwykły szacunek do siebie jako człowieka, z całym aparatem, który nie chciał w tej sprawie wiele zrobić. Ten aparat urzędniczy trzeba było naszą pracą dziennikarską niejako przymusić do pewnych kroków.

Jaka była reakcja tego aparatu urzędniczo-partyjnego na wasze publikacje?

Pierwszy tekst, który powstał był autorstwa Michała Olszańskiego. Pojechał on do Gorzowa, spotkał się z panią Magdaleną Szypiórkowską, spisał jej historię o tym jak była poddawana mobbingowi w pracy, jak musiała wstąpić do Platformy Obywatelskiej, aby tę pracę dostać, w końcu jak otrzymała propozycję od dyrektora WORD, też działacza Platformy, który powiedział jej wprost, że może jej przedłużyć umowę w zamian za utrzymywanie z nim kontaktów seksualnych. Michał uczciwie, rzetelnie to opisał, także skontaktował się z dyrektorem WORD, rozmawiał z nim. W związku z tym, że był to temat, który dotyczył jednego środowiska politycznego, staraliśmy się też dać przestrzeń do odniesienia się do tej sprawy osobom z Urzędu Marszałkowskiego, który sprawuje nadzór nad WORD. I co się okazało? Zamiast podejścia do tematu w sposób zdecydowany, racjonalny, także na poziomie komunikacji z mediami, mieliśmy do czynienia z atakiem na gazetę, dziennikarzy, na naszą pracę, próbę sprowadzenia wszystkiego do jakiś pobudek politycznych, które nie miały tutaj miejsca. To był temat, który należało opisać, a władza, jaka ona by nie była, po prostu miała zareagować na ten skandal, który został ujawniony. Tymczasem pojawiły się różnego rodzaju naciski. Najbardziej znany przykład, który został przez nas nagłośniony, to była ta kuriozalna sytuacja, gdzie marszałek województwa, ustami swojego rzecznika prasowego domagała się od redaktora naczelnego „weryfikacji zespołu redakcyjnego” próbując deprecjonować osobę, która pisała o tej sprawie. Było też spotkanie marszałek województwa z prezesem naszego oddziału Polska Press, na którym przekazała mu, iż jej się to nie podoba, że gazeta krytycznie patrzy na funkcjonowanie urzędu i oczekuje jakiś działań.

Czyli zamiast zająć się wyjaśnieniem opisanej sprawy, Urząd Marszałkowski skupił się na atakach na gazetę i dziennikarzy?

Tak można powiedzieć, chociaż też trzeba zaznaczyć, że coś tam jednak zrobiono. W pewnym momencie, pod wpływem tego, że sprawa eskalowała już do rangi ogólnopolskiej, zdecydowano się na odwołanie dyrektora WORD i jego zastępcy. To było też spowodowane tym, że dotarliśmy do innych osób, które także doświadczyły mobbingu, czy jakiegoś zła, jakie w tej jednostce miało miejsce. Skala nadużyć była tak duża, w rozumieniu braku nadzoru i pewnej patologii, która tam się działa, że nie można już było nic nie zrobić. Jednak równolegle do tych działań, prowadzono atak na dziennikarzy.

Zgłosił pan to do prokuratury, jako próbę tłumienia krytyki prasowej przez marszałek województwa Lubuskiego. Czy podjęto jakieś działania?

Prokuratura w Zielonej Górze wyłączyła się z rozpatrywania tej sprawy i przekazała ją do prokuratury w Poznaniu, a ta do prokuratury w Szamotułach. Tamtejszy prokurator nadesłał nam informację, że nie widzi, aby ta sprawa wskazywała na tłumienie krytyki prasowej.

Chociaż zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich, jak i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, byli odmiennego zdania. Marcin Wiącek w piśmie do marszałek podkreślał, że „Władze powinny powstrzymywać się od działań mogących wywrzeć skutek w postaci tłumienia krytyki prasowej”, a dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz, uznała działania urzędu za skandaliczną próbę ograniczenia wolności słowa i niezależności redakcji.  

Dokończę jeszcze jak to dalej wyglądało. Zaskarżyliśmy decyzję prokuratury w Szamotułach. Trafiło to do sądu w Zielonej Górze. To ciekawa historia, wcześniej bowiem prokuratura w Zielonej Górze nie chciała rozpatrywać sprawy, ponieważ działa na tym terenie, natomiast sąd w Zielonej Górze zaskarżenie już rozpatrywał. Oczekiwaliśmy, że w tej sytuacji sąd z tego terenu też powinien się wyłączyć i że zostanie to rozpatrzone w jakimś innym miejscu. Od strony formalnej sprawa została zakończona, chociaż Prokurator Krajowy może ją przywrócić do dalszego procedowania. Istotny był jednak oddźwięk medialny. Ważne stanowisko wydało Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Bardzo za to dziękuję, od początku mieliśmy duże wsparcie ze strony pani dyrektor Jolanty Hajdasz. Naprawdę działalność Centrum jest nieoceniona. Media pozbawione takiej komórki, często nie miałyby podparcia na gruncie prawnym. Stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich również było jednoznaczne. A co ciekawe, pełnomocnik pani marszałek prof. Chmaj, poprosił o ocenę tej sprawy Radę Etyki Mediów. Nawet to grono wypowiedziało się krytycznie o działaniach urzędu. Pismo, w którym żądano „weryfikacji zespołu redakcyjnego” zostało porównane do lat PRL-u i czasów już słusznie minionych. Te trzy głosy były znaczące i na płaszczyźnie medialnej sprawa nacisków na naszą redakcję miała duży wydźwięk. Byłoby oczywiście lepiej, aby sąd też tym się zajął.

Sąd na razie zajmuje się sprawą, którą marszałek Elżbieta Polak, wytoczyła waszej redakcji w związku z opisywaniem afery WORD. W pozwie zarzuciła dziennikarzom, że „dokonali zamachu na cześć zewnętrzną Marszałek Województwa Lubuskiego”. Jak pan to rozumie? Co konkretnie zarzuca wam pani marszałek?

Najogólniej rzecz biorąc stara się ze wszystkich sił udowodnić, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to co działo się w gorzowskim WORD. Natomiast ta odpowiedzialność jest jeżeli sprawuje się jakąś funkcję publiczną, jeśli jest się urzędnikiem samorządu wojewódzkiego. Zaprzeczanie temu to zaczarowywanie rzeczywistości. Oczywiście, że są struktury, bezpośredni przełożeni, ale marszałek województwa musi liczyć się z tym, że na nią również spadnie krytyka. W artykułach poświęconych WORD były wypowiedzi osób, które obciążały panią marszałek, że pozostawała bierna, albo niezbyt aktywna, jeżeli chodzi o to do czego tam dochodziło. Ale pani marszałek, jak pan wspomniał, poczuła, że jej „cześć zewnętrzną” została naruszona i pozwała w procesach cywilnym oraz karnym trzech dziennikarzy – Marcina Kędrynę, Roberta Bagińskiego i mnie. Ta sprawa na wniosek marszałek jest utajniona, nie możemy więc o tym opowiadać. Myślę, że jest to ze szkodą dla wyjaśnienia całej afery, bo tam pojawia się szereg ciekawych wątków, kolejnych informacji. Ale jesteśmy trochę zakneblowani.

Równocześnie toczy się jeszcze śledztwo prokuratorskie w sprawie byłego dyrektora WORD.

Prokuratura Okręgowa w Szczecinie cały czas zbiera materiały, prowadzi postępowanie. Jeszcze nie ma zakończenia tych spraw, które skutkowałoby na przykład sporządzeniem aktu oskarżenia, ale już prowadzona jest sprawa w sądzie i część materiałów, może także kluczowych dla postępowania prokuratorskiego, już zaczyna gdzieś krążyć. Logiczne byłoby, aby poczekać na  działania prokuratury, bo ona zabezpieczała różnego rodzaju dowody, ale tak mamy skonstruowany system prawny.

A jest jeszcze kolejna sprawa, którą były dyrektor WORD wytoczył domniemanej pokrzywdzonej.

Co ciekawe, dyrektor Jarosław Śliwiński wytoczył sprawę pani Magdalenie Szypiórkowskiej, bo tak nakazał mu wicemarszałek województwa Marcin Jabłoński. Powiedział, że jeśli ten temat ujrzy światło dzienne, zostanie nagłośniony, to ma pozwać panią Szypiórkowską. Ma oczywiście to tego prawo, ale już sam fakt tej inicjatywy sądowej wiele pokazuje. Zamiast zatroszczyć się o domniemaną ofiarę, zabezpieczać materiały, zrobić porządną kontrolę, opracowywano scenariusze obrony.

Obrony przez atak…

Tak, człowiek, który doświadczył zła nie mógł liczyć na uczciwe podejście do problemu.

Afera WORD i wszystko co się wokół niej później działo, pokazała jak władza lokalna traktuje lokalne media, jak chce na nie wpływać. Ten problem dotyka chyba wielu dziennikarzy?

My się zastanawiamy ile takich spraw mogło być wcześniej, ale nie zostały podjęte. Nakłada się na to jeszcze kwestia zmian w Polska Press i tego, że „Gazeta Lubuska” przestała być gazetą, na którą lokalna, samorządowa władza miała wpływ, a wcześniej miała i to bardzo duży. Świadczy o tym fakt, jak wielu dziennikarzy po właścicielskich zmianach przeszło do pracy w urzędzie marszałek. Kiedy to się zmieniło, kiedy dziennikarze zaczęli krytycznie patrzeć w jaki sposób w regionie są prowadzone sprawy, to uruchomiło cały łańcuch kolejnych tematów, które podejmowaliśmy. Kiedy czytelnik, mieszkaniec województwa, zobaczył, że jest gazeta, która w sposób odważny pisze o pewnych deficytach, mankamentach, to nagle zaczęły się do nas zgłaszać osoby z różnymi tematami. I mówię tu o czasach jeszcze sprzed afery WORD. Stało się to dzięki temu, że czytelnicy zobaczyli, że gazeta nie obawia się podejmować trudnych tematów, że staje naprzeciwko władzy. Pani Magdalena Szypiórkowska, jak sądzę, też ze swoim konkretnym problemem, mogła w nas znaleźć medium, które odważnie podejdzie do tematu, będzie zadawać pytania i w pewnym sensie będzie jej rzecznikiem. Daliśmy jej możliwość, aby przedstawiła ten ból, który w sobie nosiła. Nie wiemy jaki wynik będzie miała ta sprawa, może się jeszcze toczyć latami, natomiast my jesteśmy tu i teraz, jest problem, jest człowiek, jest sprawa odpowiedzialności i musimy to pokazać. Oczywiście ostatecznie nasi czytelnicy w swoim sumieniu to wszystko oceniają i na tym to polega.

Rozmawiał Jacek Karolonek      


Uroczysta Gala wręczenia Nagród Konkursu Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału SDP odbędzie 3 lipca o godz. 17 na w Zamku na Górze Przemysła w Poznaniu. Więcej o Konkursie można przeczytać TUTAJ.  

 

 

Z Bogiem, panie majorze – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o ostatnich chwilach życia Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”

30 czerwca 1948 r., około godziny 4 nad ranem w gospodarstwie w Osielcu pod Jordanowem funkcjonariusze UB aresztowali mjr Zygmunta Szendzielarza. Razem z nim zakuta w kajdanki została narzeczona dowódcy 5. Wileńskiej Brygady AK – Lidia Lwow „Lala”. Tak zaczęła się ostatnia ziemska droga „Łupaszki”.

Pana Majora ubecy przewieźli do Myślenic, potem do Krakowa, a następnego dnia samolotem do Warszawy. Trafił na ulicę Koszykową, do centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

„Zaprowadzono mnie do gabinetu płk. Różańskiego. Już czekał. Właściwie nie prowadził formalnego przesłuchania. Ot, tak sobie, nawet grzeczna pogawędka. Tyle że co chwilę ktoś wchodził. Oglądano mnie, jak dzikie zwierzę w klatce. Po dwóch, a może trzech godzinach do pokoju wszedł jakiś cywil. Różański wstał z za biurka. Cywil skinął ręką, żeby usiadł i zwracając się do mnie powiedział: No i co, panie majorze, ja nie wiszę na sośnie, a mimo to spotkaliśmy się”.

Był to szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, który zacytował słowa Szendzielarza adresowane do siebie w liście przesłanym do MBP w końcu 1947 r.

„Łupaszka” nie był jedynym aresztowanym. W czerwcu i lipcu 1948 r., w wyniku ogólnopolskiej, zakrojonej na szeroką skalę „Akcji X”, UB rozpracował i rozbił Wileński Okręg AK.

10 lipca Szendzielarza przeniesiono do aresztu przy ul. Rakowieckiej 37. Będzie tu męczony przez następne dwa i pół roku, do 8 lutego 1951 r. Śledztwo prowadził płk Adam Humer (właściwie Adam Teofil Umer), wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP.

Pokazowy proces „Łupaszki” rozpoczął się 23 października 1950 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Na ławie oskarżonych zasiedli również inni członkowie Wileńskiego Okręgu AK: podpułkownik Antoni Olechnowicz „Pohorecki”, kapitan Henryk Borowy – Borowski „Trzmiel”, podporucznik Lucjan Minkiewicz „Wiktor”, i dwie sanitariuszki: Lidia Lwow „Lala” i Wanda Minkiewicz „Danka” (wszyscy oskarżeni, prócz kobiet, dostali kary śmierci).

Sądzili figuranci: ppor. Wiktor Koszczyński, oficer Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako ławnik, oraz ppor. Władysław Marszałek, asesor sądowy. Istotny był przewodniczący składu: mjr Mieczysław Widaj, przedwojenny prawnik, AK-owiec, a po wojnie stalinowski morderca sądowy (w latach 1945–1953 skazał na śmierć ponad 100 polskich niepodległościowców, w tym AK-owców).

8 lutego 1951 r. „Łupaszka” został wyprowadzony z celi. Za chwilę miał się znaleźć na schodach mokotowskiej piwnicy, gdzie wykonywano wyroki. Zanim wyszedł ze zbiorowej celi, stanął przez chwilę nieruchomo, popatrzył po raz ostatni na swoich towarzyszy niedoli i – jak relacjonował potem najmłodszy więzień, o pseudonimie „Młodzik” – powiedział głośno: „Z Bogiem Panowie!”

„Z Bogiem, Panowie!” – Oni odpowiedzieli – „Z Bogiem, panie majorze!”

W piwnicy X Pawilonu prokurator (ppłk Jakub Lubawski) odczytał wyrok śmierci „w imieniu Rzeczpospolitej”. Potem oprawcy zmusili Szendzielarza, aby pochylił się do przodu. Chcieli, aby zobaczył leżące na schodach martwe ciała trzech swoich kolegów, zabitych przed chwilą. Byli to sądzeni razem z „Łupaszką” i skazani przez Widaja oficerowie wileńskiej Armii Krajowej. Kula dosięgła „Łupaszkę” o godz. 20.15. Strzelał kat Mokotowa, Aleksander Drej – zmarł w latach 2000 w Warszawie, nigdy nie osądzony za swoje zbrodnie. Do końca pobierał resortową emeryturę dla szczególnie zasłużonych.

W egzekucji majora Szendzielarza brał udział naczelnik więzienia mokotowskiego (w latach 1945–1954) Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi. Kiedyś, wizytując celę, powiedział do „Łupaszki”: „Na was to bym nie wykonywał [wyroku], tylko bym was trzymał w więzieniu. Czasem bym was kazał przewieźć po mieście, żebyście widzieli, że Warszawa się buduje, że w Polsce jest dobrze, a wy siedzicie zbankrutowani. To by dla was była większa kara. Bo wykonaniem to się wam idzie z pomocą”. Żonie jednego ze skazanych odparł: „Po takich zbrodniarzach ziemia musi być zrównana”.

Zgon mjr Zygmunta Szendzielarza stwierdził lekarz więzienny Kazimierz Jezierski – tak jak kat Drej funkcjonariusz UB. Uczestniczył w zamordowaniu wielu polskich bohaterów. Prywatnie mąż słynnej piosenkarki Wiery Gran (Weroniki Grynberg).

Komunistyczni zbrodniarze chcieli „Łupaszkę” wykląć: zdyskredytować i wymazać z historii. Aby jakikolwiek ślad po polskim bohaterze nie pozostał, zrzucili jego zwłoki do bezimiennego dołu i zakopali. Ten zbrodniczy plan jednak się nie powiódł, bo szczątki majora Zygmunta Szendzielarza zostały odnalezione na warszawskiej „Łączce”, a w sierpniu 2013 r. IPN ogłosił identyfikację.