O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.

 

Prosta historia urzędniczo-partyjnej bezduszności. Rozmowa z red. JANUSZEM ŻYCZKOWSKIM

To był temat, który należało opisać, a władza, jaka ona by nie była, po prostu miała zareagować na ten skandal. Tymczasem pojawiły się naciski na naszą gazetę i atak na dziennikarzy  – mówi Janusz Życzkowski, redaktor naczelny „Gazety Lubuskiej”, jeden z laureatów Nagrody Głównej w Konkursie Oddziału Wielkopolskiego i Lubuskiego SDP, za publikacje o aferze w gorzowskim WORD.

Gratuluję Panu i dziennikarzom „Gazety Lubuskiej” Nagrody Głównej w Konkursie Oddziału Wielkopolskiego i Lubuskiego SDP. Afera w gorzowskim WORD, za opisanie której zostaliście nagrodzeni, sprawa wydawać by się mogło lokalna, w ubiegłym roku odbiła się szerokim echem w całej Polsce. Jak ten temat trafił do waszej redakcji?

Bardzo się cieszymy z tej nagrody, bo rzeczywiście ta sprawa, opisywanie jej, kosztowało nas dużo pracy i zaangażowania. Pociągnęła też za sobą rożne historie, z którymi musieliśmy się mierzyć i mierzymy się do dziś. Nagroda jest dla trzech dziennikarzy – Michała Olszańskiego, Roberta Bagińskiego i dla mnie, bo to my na łamach „Gazety Lubuskiej” pisaliśmy o tej sprawie, ale trzeba też wspomnieć o Marcinie Kędrynie, moim ówczesnym zastępcy, który tekstów stricte informacyjnych nie pisał, ale zajmował się tematem od strony publicystycznej. Dużo razem rozmawialiśmy jak tę sprawę wyświetlać, na co zwracać uwagę, jak opisywać, doświadczenie Marcina było tutaj dla nas dużym wsparciem.

Jak to się zaczęło?

Pamiętam ten dzień, weekend majowy, byłem z rodziną na wycieczce w Pradze, kiedy odebrałem telefon od Roberta Bagińskiego, do którego zgłosiła się pani Magdalena Szypiórkowska, główna bohaterka i domniemana poszkodowana w aferze WORD. Robert mówił: „jest taka sprawa, to jakaś obyczajówka, nic politycznego, temat dotyczący możliwego mobbingu w miejscu pracy, chodzi o gorzowski Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego”. I opowiadał dalej, że zgłosiła się do niego kobieta, która napisała list i zostawiła go u poseł Krystyny Sibińskiej (PO) z prośbą o interwencję, ale chyba nic się tam nie dzieje i dlatego pyta czy redakcja mogłaby się tym zająć. Powiedziałem wtedy: „dobrze, wyślij mi ten list, zobaczymy co to jest”. Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy z tego jak bardzo rozwinie się ten temat, jak zacznie eskalować w mediach ogólnopolskich.

Dlaczego tak się stało?

Sprawa stała się głośna, ze względu na to, że mieliśmy tutaj prostą historię zderzenia jednostki z całym aparatem urzędniczo-partyjnym. Jedna osoba musiała toczyć boje o swoje racje, o zwykły szacunek do siebie jako człowieka, z całym aparatem, który nie chciał w tej sprawie wiele zrobić. Ten aparat urzędniczy trzeba było naszą pracą dziennikarską niejako przymusić do pewnych kroków.

Jaka była reakcja tego aparatu urzędniczo-partyjnego na wasze publikacje?

Pierwszy tekst, który powstał był autorstwa Michała Olszańskiego. Pojechał on do Gorzowa, spotkał się z panią Magdaleną Szypiórkowską, spisał jej historię o tym jak była poddawana mobbingowi w pracy, jak musiała wstąpić do Platformy Obywatelskiej, aby tę pracę dostać, w końcu jak otrzymała propozycję od dyrektora WORD, też działacza Platformy, który powiedział jej wprost, że może jej przedłużyć umowę w zamian za utrzymywanie z nim kontaktów seksualnych. Michał uczciwie, rzetelnie to opisał, także skontaktował się z dyrektorem WORD, rozmawiał z nim. W związku z tym, że był to temat, który dotyczył jednego środowiska politycznego, staraliśmy się też dać przestrzeń do odniesienia się do tej sprawy osobom z Urzędu Marszałkowskiego, który sprawuje nadzór nad WORD. I co się okazało? Zamiast podejścia do tematu w sposób zdecydowany, racjonalny, także na poziomie komunikacji z mediami, mieliśmy do czynienia z atakiem na gazetę, dziennikarzy, na naszą pracę, próbę sprowadzenia wszystkiego do jakiś pobudek politycznych, które nie miały tutaj miejsca. To był temat, który należało opisać, a władza, jaka ona by nie była, po prostu miała zareagować na ten skandal, który został ujawniony. Tymczasem pojawiły się różnego rodzaju naciski. Najbardziej znany przykład, który został przez nas nagłośniony, to była ta kuriozalna sytuacja, gdzie marszałek województwa, ustami swojego rzecznika prasowego domagała się od redaktora naczelnego „weryfikacji zespołu redakcyjnego” próbując deprecjonować osobę, która pisała o tej sprawie. Było też spotkanie marszałek województwa z prezesem naszego oddziału Polska Press, na którym przekazała mu, iż jej się to nie podoba, że gazeta krytycznie patrzy na funkcjonowanie urzędu i oczekuje jakiś działań.

Czyli zamiast zająć się wyjaśnieniem opisanej sprawy, Urząd Marszałkowski skupił się na atakach na gazetę i dziennikarzy?

Tak można powiedzieć, chociaż też trzeba zaznaczyć, że coś tam jednak zrobiono. W pewnym momencie, pod wpływem tego, że sprawa eskalowała już do rangi ogólnopolskiej, zdecydowano się na odwołanie dyrektora WORD i jego zastępcy. To było też spowodowane tym, że dotarliśmy do innych osób, które także doświadczyły mobbingu, czy jakiegoś zła, jakie w tej jednostce miało miejsce. Skala nadużyć była tak duża, w rozumieniu braku nadzoru i pewnej patologii, która tam się działa, że nie można już było nic nie zrobić. Jednak równolegle do tych działań, prowadzono atak na dziennikarzy.

Zgłosił pan to do prokuratury, jako próbę tłumienia krytyki prasowej przez marszałek województwa Lubuskiego. Czy podjęto jakieś działania?

Prokuratura w Zielonej Górze wyłączyła się z rozpatrywania tej sprawy i przekazała ją do prokuratury w Poznaniu, a ta do prokuratury w Szamotułach. Tamtejszy prokurator nadesłał nam informację, że nie widzi, aby ta sprawa wskazywała na tłumienie krytyki prasowej.

Chociaż zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich, jak i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, byli odmiennego zdania. Marcin Wiącek w piśmie do marszałek podkreślał, że „Władze powinny powstrzymywać się od działań mogących wywrzeć skutek w postaci tłumienia krytyki prasowej”, a dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz, uznała działania urzędu za skandaliczną próbę ograniczenia wolności słowa i niezależności redakcji.  

Dokończę jeszcze jak to dalej wyglądało. Zaskarżyliśmy decyzję prokuratury w Szamotułach. Trafiło to do sądu w Zielonej Górze. To ciekawa historia, wcześniej bowiem prokuratura w Zielonej Górze nie chciała rozpatrywać sprawy, ponieważ działa na tym terenie, natomiast sąd w Zielonej Górze zaskarżenie już rozpatrywał. Oczekiwaliśmy, że w tej sytuacji sąd z tego terenu też powinien się wyłączyć i że zostanie to rozpatrzone w jakimś innym miejscu. Od strony formalnej sprawa została zakończona, chociaż Prokurator Krajowy może ją przywrócić do dalszego procedowania. Istotny był jednak oddźwięk medialny. Ważne stanowisko wydało Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Bardzo za to dziękuję, od początku mieliśmy duże wsparcie ze strony pani dyrektor Jolanty Hajdasz. Naprawdę działalność Centrum jest nieoceniona. Media pozbawione takiej komórki, często nie miałyby podparcia na gruncie prawnym. Stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich również było jednoznaczne. A co ciekawe, pełnomocnik pani marszałek prof. Chmaj, poprosił o ocenę tej sprawy Radę Etyki Mediów. Nawet to grono wypowiedziało się krytycznie o działaniach urzędu. Pismo, w którym żądano „weryfikacji zespołu redakcyjnego” zostało porównane do lat PRL-u i czasów już słusznie minionych. Te trzy głosy były znaczące i na płaszczyźnie medialnej sprawa nacisków na naszą redakcję miała duży wydźwięk. Byłoby oczywiście lepiej, aby sąd też tym się zajął.

Sąd na razie zajmuje się sprawą, którą marszałek Elżbieta Polak, wytoczyła waszej redakcji w związku z opisywaniem afery WORD. W pozwie zarzuciła dziennikarzom, że „dokonali zamachu na cześć zewnętrzną Marszałek Województwa Lubuskiego”. Jak pan to rozumie? Co konkretnie zarzuca wam pani marszałek?

Najogólniej rzecz biorąc stara się ze wszystkich sił udowodnić, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to co działo się w gorzowskim WORD. Natomiast ta odpowiedzialność jest jeżeli sprawuje się jakąś funkcję publiczną, jeśli jest się urzędnikiem samorządu wojewódzkiego. Zaprzeczanie temu to zaczarowywanie rzeczywistości. Oczywiście, że są struktury, bezpośredni przełożeni, ale marszałek województwa musi liczyć się z tym, że na nią również spadnie krytyka. W artykułach poświęconych WORD były wypowiedzi osób, które obciążały panią marszałek, że pozostawała bierna, albo niezbyt aktywna, jeżeli chodzi o to do czego tam dochodziło. Ale pani marszałek, jak pan wspomniał, poczuła, że jej „cześć zewnętrzną” została naruszona i pozwała w procesach cywilnym oraz karnym trzech dziennikarzy – Marcina Kędrynę, Roberta Bagińskiego i mnie. Ta sprawa na wniosek marszałek jest utajniona, nie możemy więc o tym opowiadać. Myślę, że jest to ze szkodą dla wyjaśnienia całej afery, bo tam pojawia się szereg ciekawych wątków, kolejnych informacji. Ale jesteśmy trochę zakneblowani.

Równocześnie toczy się jeszcze śledztwo prokuratorskie w sprawie byłego dyrektora WORD.

Prokuratura Okręgowa w Szczecinie cały czas zbiera materiały, prowadzi postępowanie. Jeszcze nie ma zakończenia tych spraw, które skutkowałoby na przykład sporządzeniem aktu oskarżenia, ale już prowadzona jest sprawa w sądzie i część materiałów, może także kluczowych dla postępowania prokuratorskiego, już zaczyna gdzieś krążyć. Logiczne byłoby, aby poczekać na  działania prokuratury, bo ona zabezpieczała różnego rodzaju dowody, ale tak mamy skonstruowany system prawny.

A jest jeszcze kolejna sprawa, którą były dyrektor WORD wytoczył domniemanej pokrzywdzonej.

Co ciekawe, dyrektor Jarosław Śliwiński wytoczył sprawę pani Magdalenie Szypiórkowskiej, bo tak nakazał mu wicemarszałek województwa Marcin Jabłoński. Powiedział, że jeśli ten temat ujrzy światło dzienne, zostanie nagłośniony, to ma pozwać panią Szypiórkowską. Ma oczywiście to tego prawo, ale już sam fakt tej inicjatywy sądowej wiele pokazuje. Zamiast zatroszczyć się o domniemaną ofiarę, zabezpieczać materiały, zrobić porządną kontrolę, opracowywano scenariusze obrony.

Obrony przez atak…

Tak, człowiek, który doświadczył zła nie mógł liczyć na uczciwe podejście do problemu.

Afera WORD i wszystko co się wokół niej później działo, pokazała jak władza lokalna traktuje lokalne media, jak chce na nie wpływać. Ten problem dotyka chyba wielu dziennikarzy?

My się zastanawiamy ile takich spraw mogło być wcześniej, ale nie zostały podjęte. Nakłada się na to jeszcze kwestia zmian w Polska Press i tego, że „Gazeta Lubuska” przestała być gazetą, na którą lokalna, samorządowa władza miała wpływ, a wcześniej miała i to bardzo duży. Świadczy o tym fakt, jak wielu dziennikarzy po właścicielskich zmianach przeszło do pracy w urzędzie marszałek. Kiedy to się zmieniło, kiedy dziennikarze zaczęli krytycznie patrzeć w jaki sposób w regionie są prowadzone sprawy, to uruchomiło cały łańcuch kolejnych tematów, które podejmowaliśmy. Kiedy czytelnik, mieszkaniec województwa, zobaczył, że jest gazeta, która w sposób odważny pisze o pewnych deficytach, mankamentach, to nagle zaczęły się do nas zgłaszać osoby z różnymi tematami. I mówię tu o czasach jeszcze sprzed afery WORD. Stało się to dzięki temu, że czytelnicy zobaczyli, że gazeta nie obawia się podejmować trudnych tematów, że staje naprzeciwko władzy. Pani Magdalena Szypiórkowska, jak sądzę, też ze swoim konkretnym problemem, mogła w nas znaleźć medium, które odważnie podejdzie do tematu, będzie zadawać pytania i w pewnym sensie będzie jej rzecznikiem. Daliśmy jej możliwość, aby przedstawiła ten ból, który w sobie nosiła. Nie wiemy jaki wynik będzie miała ta sprawa, może się jeszcze toczyć latami, natomiast my jesteśmy tu i teraz, jest problem, jest człowiek, jest sprawa odpowiedzialności i musimy to pokazać. Oczywiście ostatecznie nasi czytelnicy w swoim sumieniu to wszystko oceniają i na tym to polega.

Rozmawiał Jacek Karolonek      


Uroczysta Gala wręczenia Nagród Konkursu Wielkopolskiego i Lubuskiego Oddziału SDP odbędzie 3 lipca o godz. 17 na w Zamku na Górze Przemysła w Poznaniu. Więcej o Konkursie można przeczytać TUTAJ.  

 

 

Z Bogiem, panie majorze – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o ostatnich chwilach życia Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”

30 czerwca 1948 r., około godziny 4 nad ranem w gospodarstwie w Osielcu pod Jordanowem funkcjonariusze UB aresztowali mjr Zygmunta Szendzielarza. Razem z nim zakuta w kajdanki została narzeczona dowódcy 5. Wileńskiej Brygady AK – Lidia Lwow „Lala”. Tak zaczęła się ostatnia ziemska droga „Łupaszki”.

Pana Majora ubecy przewieźli do Myślenic, potem do Krakowa, a następnego dnia samolotem do Warszawy. Trafił na ulicę Koszykową, do centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

„Zaprowadzono mnie do gabinetu płk. Różańskiego. Już czekał. Właściwie nie prowadził formalnego przesłuchania. Ot, tak sobie, nawet grzeczna pogawędka. Tyle że co chwilę ktoś wchodził. Oglądano mnie, jak dzikie zwierzę w klatce. Po dwóch, a może trzech godzinach do pokoju wszedł jakiś cywil. Różański wstał z za biurka. Cywil skinął ręką, żeby usiadł i zwracając się do mnie powiedział: No i co, panie majorze, ja nie wiszę na sośnie, a mimo to spotkaliśmy się”.

Był to szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, który zacytował słowa Szendzielarza adresowane do siebie w liście przesłanym do MBP w końcu 1947 r.

„Łupaszka” nie był jedynym aresztowanym. W czerwcu i lipcu 1948 r., w wyniku ogólnopolskiej, zakrojonej na szeroką skalę „Akcji X”, UB rozpracował i rozbił Wileński Okręg AK.

10 lipca Szendzielarza przeniesiono do aresztu przy ul. Rakowieckiej 37. Będzie tu męczony przez następne dwa i pół roku, do 8 lutego 1951 r. Śledztwo prowadził płk Adam Humer (właściwie Adam Teofil Umer), wicedyrektor Departamentu Śledczego MBP.

Pokazowy proces „Łupaszki” rozpoczął się 23 października 1950 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie. Na ławie oskarżonych zasiedli również inni członkowie Wileńskiego Okręgu AK: podpułkownik Antoni Olechnowicz „Pohorecki”, kapitan Henryk Borowy – Borowski „Trzmiel”, podporucznik Lucjan Minkiewicz „Wiktor”, i dwie sanitariuszki: Lidia Lwow „Lala” i Wanda Minkiewicz „Danka” (wszyscy oskarżeni, prócz kobiet, dostali kary śmierci).

Sądzili figuranci: ppor. Wiktor Koszczyński, oficer Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako ławnik, oraz ppor. Władysław Marszałek, asesor sądowy. Istotny był przewodniczący składu: mjr Mieczysław Widaj, przedwojenny prawnik, AK-owiec, a po wojnie stalinowski morderca sądowy (w latach 1945–1953 skazał na śmierć ponad 100 polskich niepodległościowców, w tym AK-owców).

8 lutego 1951 r. „Łupaszka” został wyprowadzony z celi. Za chwilę miał się znaleźć na schodach mokotowskiej piwnicy, gdzie wykonywano wyroki. Zanim wyszedł ze zbiorowej celi, stanął przez chwilę nieruchomo, popatrzył po raz ostatni na swoich towarzyszy niedoli i – jak relacjonował potem najmłodszy więzień, o pseudonimie „Młodzik” – powiedział głośno: „Z Bogiem Panowie!”

„Z Bogiem, Panowie!” – Oni odpowiedzieli – „Z Bogiem, panie majorze!”

W piwnicy X Pawilonu prokurator (ppłk Jakub Lubawski) odczytał wyrok śmierci „w imieniu Rzeczpospolitej”. Potem oprawcy zmusili Szendzielarza, aby pochylił się do przodu. Chcieli, aby zobaczył leżące na schodach martwe ciała trzech swoich kolegów, zabitych przed chwilą. Byli to sądzeni razem z „Łupaszką” i skazani przez Widaja oficerowie wileńskiej Armii Krajowej. Kula dosięgła „Łupaszkę” o godz. 20.15. Strzelał kat Mokotowa, Aleksander Drej – zmarł w latach 2000 w Warszawie, nigdy nie osądzony za swoje zbrodnie. Do końca pobierał resortową emeryturę dla szczególnie zasłużonych.

W egzekucji majora Szendzielarza brał udział naczelnik więzienia mokotowskiego (w latach 1945–1954) Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi. Kiedyś, wizytując celę, powiedział do „Łupaszki”: „Na was to bym nie wykonywał [wyroku], tylko bym was trzymał w więzieniu. Czasem bym was kazał przewieźć po mieście, żebyście widzieli, że Warszawa się buduje, że w Polsce jest dobrze, a wy siedzicie zbankrutowani. To by dla was była większa kara. Bo wykonaniem to się wam idzie z pomocą”. Żonie jednego ze skazanych odparł: „Po takich zbrodniarzach ziemia musi być zrównana”.

Zgon mjr Zygmunta Szendzielarza stwierdził lekarz więzienny Kazimierz Jezierski – tak jak kat Drej funkcjonariusz UB. Uczestniczył w zamordowaniu wielu polskich bohaterów. Prywatnie mąż słynnej piosenkarki Wiery Gran (Weroniki Grynberg).

Komunistyczni zbrodniarze chcieli „Łupaszkę” wykląć: zdyskredytować i wymazać z historii. Aby jakikolwiek ślad po polskim bohaterze nie pozostał, zrzucili jego zwłoki do bezimiennego dołu i zakopali. Ten zbrodniczy plan jednak się nie powiódł, bo szczątki majora Zygmunta Szendzielarza zostały odnalezione na warszawskiej „Łączce”, a w sierpniu 2013 r. IPN ogłosił identyfikację.

To nie początek „spisku populistów”, to koniec „spisku elit”

Niemieckie i nie tylko niemieckie elity są przerażone sukcesami AfD. Może i słusznie, ale to już chyba wiecie. A wiecie, że to „wina PiS”?

„AfD jako druga siła polityczna w Niemczech to także dziecię PiS i Kaczyńskiego. Nigdy i nigdzie wieloletnie szczucie i wycie na sąsiada nie zostaje bez skutku. I nieważne czy to płot, czy granica. PiS to jeden z reanimatorów niemieckiego szowinizmu” – napisał na Twitterze Waldemar Kuczyński, niegdyś minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, obecnie jeden z najbardziej zawziętych kapłanów antypisiszmu, znany na Twitterze jako „Dziadek Waldemar”. Tezą „weterana liberalizmu” zachwycił się natychmiast Peter Oliver Loew szef Deutsches Polen Insttitute, który lubi się pozachwycać publikacjami „wolnych mediów” w Polsce takimi jak wywiad z gen. Pytlem w Gazecie Wyborczej – Waldemar Kuczyński w duchu swojego przykazania „moralne jest to, co uderza w PiS”, postawił równie przewidywalną co durną jak moje stare sandały tezę, że „AfD to wina PiS”. I proszę, niemiecki pan zadowolony – skomentowałem, w związku z czym „Dziadek Waldemar” obraził się na mnie po raz sto osiemdziesiąty trzeci i zarzucił „kłamstwo”. Ja zaś pomyślałem sobie, że warto temat nieco rozwinąć.

Demokracja liberalna

W oficjalnej myśli politycznej na Zachodzie, a co za tym idzie w pozbawionych własnej myśli samozwańczych „elitach” w Polsce, istnieje legenda o „spisku populistów przeciwko dokonaniom demokracji liberalnej”. Przy czym populistą jest każdy, kto usiłuje zabrać głos choć nie należy do odpowiedniego środowiska, a ten kto ośmiela się zadawać pytania o skutki polityki „demokratów liberalnych” jest wręcz ekstremistą.

Warto rozumieć czym jest sama demokracja liberalna. Otóż gdyby była po prostu demokracją, nie potrzebowałaby przymiotnika. Jan Pietrzak mawiał za komuny – Czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Tym czym krzesło od krzesła elektrycznego – Tak i demokracja liberalna może z pozoru przypominać demokrację, czyli z łaciny „rządy ludu” – większości – a w istocie tak już została oblepiona przez nazywające się „elitami” oligarchie, różnego rodzaju hamulcami i pętami zarówno na poziomie instytucjonalnym jak i społecznym (gdzie się na przykład podział na Zachodzie pluralizm medialny będący emanacją wolności słowa, z której Zachód był tak dumny?), że od dawna demokracji w tradycyjnym znaczeniu tego słowa nie przypomina.

Bunt przeciwko „elitom”

Efektem jest sytuacja, osobliwa jak na „demokrację”, w ramach której ogromne części społeczeństw Zachodu, czasem wręcz większości, nie mają ani poczucia wpływu na własne państwo – nie istnieją instytucje, które realizowałyby ich wizję świata – ani nawet mediów, które by świat z ich punktu widzenia pokazywały. Cóż zatem dziwnego w tym, że będąc jednocześnie potomkami ludzi Zachodu, który potrafił wypracować cywilizacyjną dominację w świecie w poczuciu prawa do wolności zarówno osobistej, jak i zbiorowej, podnoszą w końcu rękę na swoich samozwańczych pasterzy, zalecając im niezwłoczne udanie się na bambus?

Tak, w licznych krajach Zachodu, mamy obecnie do czynienia z buntem przeciwko samozwańczym „elitom”. Nie jest to żaden „spisek populistów”, tylko naturalny odruch społeczeństw pętanych latami przemyślnie skonstruowanymi smyczami, pasanych w chytrze skonstruowanych zagrodach. Tak się dzieje począwszy od Polski, gdzie w 2015 roku nie tylko, a może i nie głównie „wygrał PiS”, co Polacy pogonili pasożytujące na nich „elity”, a skończywszy na Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2017 roku wygrał miliarder, ale uznawany przez establishment za wroga, Donald Trump, który już wprawdzie prezydentem nie jest, ale można odnieść wrażenie, że jego kontrrewolucja trwa.

AfD

No i jednym z takich odruchów było powstanie w Niemczech (afery związane z finansowaniem dziennikarzy przez niemiecki rząd, powszechna cenzura poprawności politycznej, upolitycznienie sądownictwa, czy jednorodność opinii niemieckich mediów, pokazują gdzie na spektrum demokracji Niemcy się znajdują) AfD, która początkowo wydawała się nawet odruchem całkiem rozsądnym. No, ale Niemcy, jak to Niemcy, za co się nie wezmą, to im mauser wychodzi. Tak i tutaj w końcu pojawiły się elementy rewizjonistyczne i biorąc pod uwagę niemiecką naturę i historię, niebezpieczne.

Tak więc, Panie Waldemarze, to nie PiS jest „winien” AfD, to tacy jak Pan i Panu podobni, którzy również dzisiaj, nawet kiedy im już Las Birnam stoi im pod balkonem, ciągle nie rozumieją co się dzieje. I wie Pan, mnie to zupełnie nie przeszkadza, że Wy nie chcecie tego zrozumieć, nie chcecie przyjąć do wiadomości. Trwajcie w tym błędzie i wymyślajcie sobie „spiski populistów”, może szybciej zostaniecie zmieceni z planszy. Oby na całym Zachodzie.

A Ty też się PiS-ie tak nie ciesz, bo od 2015 roku trochę się zmieniło i nieopatrznie podpisane cyrografy mogą spowodować przesunięcie w spektrum lud – „elity”.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Sezon turystyczny na Krymie „w wersji skróconej”.

Tego lata Rosjanie zdecydowanie wolą omijać anektowany Krym jako cel wakacyjnych wyjazdów. Boją się wypoczywać w strefie frontowej.

W latach 80. ubiegłego wieku na Krymie co roku wypoczywało nawet 10 milionów wczasowiczów, choć hotele i sanatoria oferowały mniej niż pół miliona miejsc. Przybywali tu głównie ludzie z Rosji – naftowcy z północy, Syberyjczycy, robotnicy z kopalń i gospodarstw rolnych, którzy ciężko pracowali przez cały rok, aby latem za zaoszczędzone pieniądze móc odpocząć 10 czy nawet 20 dni. W sezonie letnim wszystkie miejsca w hotelach i sanatoriach były zajęte. W związku z tym na sowieckim Krymie kwitło zjawisko tzw. „dzikiej turystyki”. W ZSRR nie było kempingów z prawdziwego zdarzenia, więc ludzie zabierali ze sobą namiot, pół worka ziemniaków, smalec, warzywa, owoce, trzy litry wódki i jechali na Krym. Całe wybrzeże było otoczone namiotami. W każdej dzielnicy tworzyły się całe społeczności „dzikich turystów”, którzy przez kilka lat z rzędu przyjeżdżali w to samo miejsce o tej samej porze, dobrze się znali i zawsze chętnie poznawali nowych „dzikich” przyjaciół. W takich namiotach wieczorami słychać było śpiewy i dziecięce gwary. Ci ludzie nie chodzili do muzeów i galerii sztuki, wystarczało im morze i słońce.

W latach 90., po rozpadzie ZSRR, nastąpił kryzys gospodarczy, a „dzika” turystyka stopniowo zanikała. Liczba odwiedzających Krym spadła do 2 – 3 milionów w ciągu roku.

W latach niepodległej Ukrainy kurort krymski zaczął się rozwijać w inny sposób. Nie było powrotu do „dzikiej” turystyki. Znacznie spadła liczba turystów z Rosji. Zamiast tego ukraińskie Ministerstwo Turystyki zrobiło wszystko, aby przyciągnąć na Krym turystów z krajów europejskich. Sprzyjała temu bogata przeszłość historyczna półwyspu, duża liczba muzeów i innych obiektów kultury. W sumie, według ministerstwa, na Krymie znajduje się ponad 8 tysięcy obiektów, które mogą być interesujące dla turystów. Ponadto Ukraina zaczęła rozwijać system transportu, uruchamiać połączenia lotnicze Krymu z miastami europejskimi, a także podnosić poziom usług. Personel obsługi hoteli i sanatoriów oraz przewodnicy wycieczek zostali przeszkoleni w krajach europejskich. Na Krymie na uniwersytetach utworzono kilka programów edukacyjnych w celu szkolenia specjalistów w dziedzinie turystyki. Do 2010 roku sfera turystyki na półwyspie została właściwie postawiona na nowym fundamencie. Liczba odwiedzających to miejsce wzrosła do 6 -7 milionów rocznie, co uznano za optymalny dla Krymu. Prawie połowę z nich stanowili turyści z krajów europejskich. Taka sytuacja trwała do 2014 roku.

W lutym – marcu 2014 roku Krym został faktycznie przyłączony do Rosji, wprowadzony w jej ramy prawne i system finansowy, powołano rosyjskie władze okupacyjne. Latem 2014 roku praktycznie nie było sezonu wakacyjnego. W późniejszych latach kurort zmienił się nie do poznania. Turystów z Europy i Ukrainy praktycznie nie było. Turyści z Rosji też nie przyjeżdżali chętnie. Wpłynęło na to wiele czynników. Zamknięta została bezpośrednia trasa kolejowa z Moskwy, pociągi musiały być kierowane przez Cieśninę Kerczeńską, do której najpierw przewożono je promem, a później przejeżdżały przez nowo wybudowany Most Kerczeński. Jeśli kiedyś kolej była głównym środkiem transportu na Krym, a droga z Moskwy zajmowała dzień, teraz turyści musieli spędzać w pociągu dwa dni. Liczba pasażerów gwałtownie spadła. Lotnictwo stało się głównym środkiem transportu, ale bilety lotnicze były nieosiągalne dla średniozamożnych ludzi.

Aby zapełnić Krym turystami, władze okupacyjne opracowały specjalne programy. Np. związki zawodowe zaczęły pokrywać koszty podróży na Krym, rosyjski rząd zakazał urzędnikom wyjazdów za granicę i zachęcał do spędzania wakacji na półwyspie. Nasiliła się agitacja i propaganda, całe regiony Rosji skupiały się na  organizowaniu masowego wyjazdu dzieci na Krym, popularny stał się tzw. back-cash – obywatelowi, po powrocie z krymskich wakacji, wypłacano część wydanych pieniędzy. Jednak według Instytutu Studiów Strategicznych Ukrainy, mimo tych zabiegów, nie udało się zwiększyć liczby turystów do ponad 4 milionów.

Gdy Rosja rozpoczęła wojnę na Ukrainie na pełną skalę, Krym zamienił się w fortecę. Półwysep całkowicie stracił swój odświętny i kurortowy wygląd. Plaże i pola, drogi, miasteczka i wioski na półwyspie są dziś poprzecinane okopami, wyłożone „smoczymi zębami” – fantazyjnymi kamiennymi barierami, zatłoczone czołgami, pojazdami opancerzonymi, wyrzutniami rakiet, żołnierzami. W lasach ukryte są lotniska. To właśnie z Krymu Rosja codziennie atakuje ukraińskie miasta i miasteczka rakietami, bombami kierowanymi i dronami kamikadze. Dlatego Ukraina uważa obiekty na Krymie za swoje uzasadnione cele. Atakuje rosyjskie statki, bazy lotnicze, składy broni i jednostki wojskowe. Codziennie na Krymie dochodzi do eksplozji. Czy w takich warunkach można mówić o „ośrodku turystycznym”?

Jednak już na początku 2023 roku urzędnicy władz okupacyjnych powiedzieli, że „kurort na Krymie będzie funkcjonował jak zwykle” i zaczęli przekonywać Rosjan, że Krym jest bezpieczny i namawiali do przyjazdu.

Ale bliskość „frontu rosyjsko-ukraińskiego, gdzie toczą się zacięte walki, wpłynęła na tegoroczny sezon wakacyjny. I choć lato już w pełni, krymskie hotele są prawie puste. Liczba wczasowiczów na Półwyspie Krymskim spadła kilkukrotnie w porównaniu z ostatnim przedwojennym latem, mimo że hotelarze stale obniżają ceny. Turystów przeraża bliskość frontu i zamknięte plaże, które armia rosyjska zamieniła w linie okopów i pola minowe” – pisze RFE/RL.

Hotelarze przyznają, że na lipiec i sierpień jest bardzo mało rezerwacji i będzie dobrze jeśli w tym roku zapełni się choć 10 proc. miejsc. Na plaży też praktycznie nie ma ludzi.

Powody są jasne. W wyniku działań wojennych na półtora roku wstrzymano ruch lotniczy z Krymem, zmniejszono liczbę pociągów, a chętnych na dwudniową podróż jest mało. Tym bardziej, że wszyscy się boją, że Ukraina zaraz zburzy Most Krymski, a potem nie będzie możliwości powrotu z Krymu.

Od końca ubiegłego roku rosyjska armia tworzy pas ochronny wzdłuż wybrzeża półwyspu. Wykopano dziesiątki kilometrów okopów na brzegu morza, stworzono pola minowe i stanowiska strzeleckie oraz ustawiono betonowe zapory przeciwczołgowe. Z tego powodu wiele plaż w zachodniej części Półwyspu Krymskiego nie będzie mogło przyjmować wczasowiczów. Według oficjalnych danych co dziewiąta plaża na Krymie będzie w tym roku niedostępna. Zeszłego lata na półwyspie było 446 kąpielisk, ale w tym sezonie otwarto tylko 371 plaż. Zachodni brzeg jest całkowicie zamknięty.

Nawet okupant dostrzega problem. Na początku czerwca rosyjski przywódca Krymu Serhij Aksjonow powiedział, że tegoroczny sezon turystyczny odbędzie się „w wersji skróconej”. W rzeczywistości samoloty nie latają na Krym, pociągi mogą przewieźć nie więcej niż 1,5 miliona osób, a nie wszyscy będą podróżować samochodem ze względu choćby na długie kolejki na moście nad Cieśniną Kerczeńską. Po drugie, wiele osób po prostu boi się jechać na Krym.

Władze okupacyjne obiecały rozdysponować ponad 2,5 miliarda rubli przedsiębiorstwom sektora turystycznego, którzy ponoszą straty z powodu przestojów. Będą wypłacać płace minimalne 30 000 pracowników w ciągu czterech miesięcy. Biznes turystyczny Sewastopola otrzyma kolejne 543 miliony rubli na te same cele. Jednak wszystkie te pieniądze zostaną rozdzielone między oficjalnie zarejestrowane firmy. Osoby prywatne będą musiały radzić sobie same.

Statystyki potwierdzają, że w tym roku Rosjanie zdecydowanie wolą ominąć anektowany Krym. Według Stowarzyszenia Operatorów Turystycznych Rosji na początku lata obłożenie hoteli na Krymie wynosiło zaledwie 30 – 40 procent, podczas gdy w Soczi w Rosji było już zarezerwowanych 80 – 85 procent pokoi. Na lipiec i sierpień na Krymie jest do tej pory zajęte 17-18 procent pokoi. Tego lata Krym stanowi tylko jeden procent całkowitej liczby rezerwacji wakacyjnych noclegów w Rosji. Rosjanie boją się wypoczywać w strefie frontowej. W 2021 r. udział anektowanego Krymu w rosyjskim rynku turystycznym wynosił 19 proc., a w zeszłym roku spadł do 3 proc. Według niezależnych obserwatorów liczba turystów spadła o 80 – 90 procent w porównaniu z 2021 rokiem.

Na Krymie mówią, że jeśli Rosja zaatakuje ukraińską infrastrukturę, będzie to miało ogromny wpływ na ekologię, a wtedy półwysep może całkowicie stracić swój leczniczy klimat. Ekolodzy już odnotowują krytyczny stan populacji ryb, a zwłaszcza delfinów w Morzu Czarnym, ponieważ sonary okrętów wojennych uszkadza ich narządy orientacji. Wysadzenie przez Rosję zapory w Nowej Kachowce

doprowadziło do tego, że Kanał Północnokrymski przestał działać, półwysep zagrożony jest suszą i burzami piaskowym.  Mieszkańcy Krymu są zaniepokojeni przyszłością półwyspu. Jeśli Rosjanie wycofując się z tego miejsca zastosują taktykę „spalonej ziemi”, jak to zrobili w Chersoniu, Berdiańsku i Mariupolu, to cała infrastruktura Krymu zostanie zniszczona, a miasta na półwyspie będą musiały zostać odbudowane od podstaw. Nikt nie wie, ile lat to może potrwać, ale jasne jest, że w ruinach nie będzie kurortu i turystyki.

 

O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

O nowych, dosłownie martwych, przepisach pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: Akcja zgon

Ustawodawca, chcąc załatać dziurę w całym kraju, spowodowaną brakiem koronerów oraz lekarzy, mających uprawnienia i obowiązek stwierdzania zgonów, obdarzył tym wątpliwym przywilejem ratowników medycznych, dając im upragniony samorząd zawodowy, o jaki od dawna postulowali. Ratownicy są jednak szkoleni do ratowania życia, a nie stwierdzania zgonów i wypełniania czasochłonnej dokumentacji z tym związanej, ale kto by się tym przejmował, skoro samorządowcy nie muszą poszukiwać koronerów, których jest jak na lekarstwo i jeszcze trzeba im płacić za wykonaną pracę. Może i to założenie jest słuszne, ratownicy sami się dokształcą, skoro ustawodawca nie przewidział dla nich dodatkowych szkoleń z zakresu medycyny sądowej, jednak nowe przepisy, obowiązujące od dnia 22.06.2023 r. i tak pozostaną martwe ze względu na kuriozalną omyłkę pisarską, powieloną w kilku aktach prawnych.

 Zgodnie z art. 10 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym w znowelizowanym brzmieniu od 22.06.2023 r. „Zawód ratownika medycznego wykonuje się na zasadach określonych w ustawie z dnia 1 grudnia 2022 r. o zawodzie ratownika medycznego oraz samorządzie ratowników medycznych”, która to ustawa również obowiązuje od dnia 22.06.2023 r. Z kolei w ustawie o zawodzie Ratownika Medycznego w art. 33 ustęp 1., pkt 5) czytamy, że „Wykonywanie zawodu ratownika medycznego polega na (…) stwierdzaniu zgonu, do którego doszło podczas akcji medycznej, o której mowa w art. 41 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym” – powiedziała mecenas Anna Maria Kowalska ze Słupska.

Niby wszystko jasne, ale czy na pewno? Diabeł tkwi w szczegółach. Otóż ustawodawca odwołał się do „akcji medycznej”, o której mowa w art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, a artykuł ten stanowi wyłącznie o tym, kto jest „kierującym akcją medyczną”. Sama „akcja medyczna” jest opisana w art. 40 ustęp 1. Przepis ten wskazuje, że „Akcja medyczna rozpoczyna się w momencie przyjęcia zgłoszenia alarmowego lub powiadomienia o zdarzeniu przez dyspozytora medycznego”.

Ten niepozorny chochlik może mieć poważne konsekwencje dla nas obywateli, a samorządowcy, póki co, nawet nie chcą sobie zaprzątać tym głowy.

Tymczasem w ustawie z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych w brzmieniu obowiązującym od 22.06.2023 r. zmieniono art. 11, który obecnie stanowi, że „Zgon i jego przyczyna są ustalane przez:

1)        lekarza leczącego chorego w ostatniej chorobie albo

2)        kierownika zespołu ratownictwa medycznego, jeżeli zgon nastąpił w trakcie akcji medycznej, o której mowa w art. 41 ustawy z dnia 8 września 2006 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym” – uzupełnia mecenas Kowalska.

Ustawodawca ponownie odwołał się do art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który wcale akcji medycznej nie reguluje, czyniąc przepis art. 11 z ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych niewykonalnym ze względu na tę omyłkę pisarską. A wystarczyło nie wskazywać art. 41 przy akcji medycznej, albo przynajmniej przed sporządzeniem tych aktów prawnych przeczytać art. 40 i 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym.

Na szczęście art. 11 ustęp 2. ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych przewiduje, że „W razie niemożności dopełnienia przepisu ust. 1, stwierdzenie zgonu i jego przyczyny powinno nastąpić w drodze oględzin, dokonywanych przez lekarza lub w razie jego braku przez inną osobę powołaną do tej czynności przez właściwego starostę, przy czym koszty tych oględzin i wystawionego świadectwa nie mogą obciążać rodziny zmarłego”. Ale który starosta będzie poszukiwać i zatrudniać koronerów? W Polsce pojęcie koronera pojawiło się już w roku 2002 r., ale tylko się pojawiło i jestem tematem dosłownie martwym –  skoro założenie było takie, aby obowiązek stwierdzania zgonów i wypełniania kart zgonów przenieść na ratowników medycznych, zatrudnionych na kontraktach lub na przykład  przez szpitale.

 I tu pojawia się kolejny problem, bo przecież nie każdy ratownik medyczny jest lekarzem, ponadto ratownicy medyczni nie byli dotychczas szkoleni z zakresu stwierdzania zgonów i ustalania ich przyczyn, a co, jeśli się pomylą, co jeśli błędnie odstąpią od czynności ratujących życie, stwierdzą zgon, a pacjent po jakimś czasie ożyje?

To byłby szczęśliwy finał, ale jeśli pacjent nie ożyje, to rodzina zmarłego będzie upierać się przy tym, że dalsze prowadzenie resuscytacji krążeniowo-oddechowej mogło uratować życie ich bliskiej osoby, to kto poniesie odpowiedzialność za śmierć i nieudzielenie pomocy? Który ratownik medyczny odważy się stwierdzić zgon podczas akcji medycznej? Kto będzie ratował poszkodowanych z wypadków, jeśli ratownicy medyczni utkną w papierach związanych z ustalaniem przyczyny zgonu i wypełnianiu wielu danych w kartach zgonu, których nowe wzory mają obowiązywać dopiero od 01.01.2024 r.? A co, jeśli ratownik poda błędnie przyczynę zgonu i ubezpieczyciel nie będzie chciał wypłacić rodzinie zmarłego pieniędzy z ubezpieczenia na wypadek śmierci, bo uzna, że zgon stwierdziła nieuprawniona osoba, skoro ustawodawca pomylił się przy tworzeniu przepisów i zamiast odwołać się do art. 40, we wszystkich aktach prawnych podał art. 41 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który wcale nie mówi o akcji medycznej, a o kierującym tą akcją?

A co z faktem, że od lat różne przepisy wskazywały, że zgon może stwierdzić tylko lekarz, a najlepiej lekarz medycyny sądowej? Pamiętamy przecież, jaką burzę wśród lekarzy POZ, lekarzy rodzinnych wywołały zmiany przepisów, na podstawie których uraczono ich obowiązkiem stwierdzania zgonów. Trudno było się wtedy z nimi nie zgodzić, skoro lekarze w godzinach pracy musieli odchodzić od pacjentów w celu stwierdzenia śmierci, a teraz to samo ustawodawca funduje ratownikom medycznym i poniekąd nam obywatelom, bo zamiast ratować ludzi z wypadków i innych zdarzeń losowych, ratownicy będą musieli stwierdzić zgon, jeśli nastąpił on w czasie trwania akcji medycznej, a ta następuje z chwilą przyjęcia zgłoszenia alarmowego lub powiadomienia o zdarzeniu przez dyspozytora medycznego. Co zatem w sytuacjach, gdy zgon nastąpi po telefonie na nr 112 ? Zgodnie ze wskazanym art. 40 ust. 1. ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym od chwili zgłoszenia nastąpiła akcja medyczna, a zatem ratownicy będą musieli najpierw podjąć czynności ratujące życie, by potem i tak stwierdzić zgon, ustalić wiele danych, aby prawidłowo wskazać prawdopodobną przyczynę śmierci, zamiast udać się do wypadku, a bliskim zmarłego przekazać, że powinni poczekać na odpowiedniego lekarza bądź koronera.

Koronerów w Polsce w zasadzie nie ma. A kim jest koroner? To osoba, która stwierdza zgon i wystawia akt zgonu – w polskich warunkach koroner zajmuje się niestety tylko zgonami osób, które zmarły w miejscach publicznych, a miało być inaczej. Koroner miał zajmować się wszystkimi zgonami, jak to ma miejsce w krajach anglosaskich. Dla przykładu: w Polsce każdego roku umiera około 150 tysięcy ludzi we własnych domach i tymi zgonami zajmują się przede wszystkim lekarze rodzinni a 20 tysięcy zgonów następuje nagle, niespodziewanie w miejscach publicznych – to zgony, którymi w praktyce powinien zająć się   koroner. I z tym jest problem, dlatego ustawodawca postanowił przerzucić ten obowiązek na ratowników medycznych, którym samorządy nie muszą płacić, jak koronerom.

Nic więc dziwnego, że obecnie na ratowników medycznych padł blady strach, skoro oni mają – w trakcie prowadzenia akcji ratunkowej – stwierdzać zgon, nie mając przy tym fachowej wiedzy, doświadczenia, działając w emocjach, pod presją rodziny, etc. przecież mogą popełnić błąd i stwierdzić zgon u osoby, która jeszcze żyje lub którą można było jeszcze ratować. Jeżeli samorządowcy ani ustawodawca nie widzą w tym problemu, to na pewno go zobaczą, gdy posypią się sprawy cywilne i karne wobec ratowników, firmy ubezpieczeniowe odmówią wypłaty odszkodowania, a ratownicy zaczną odmawiać wykonywania tych obowiązków z obawy przed konsekwencjami, zaś lekarze odmawiać będą w związku z nowymi przepisami, dającymi uprawnienia do stwierdzania zgonów ratownikom. Nikogo na razie chyba nie obchodzi, że czeka nas kolejny chaos w szeroko pojętej służbie zdrowia, który odczujemy najbardziej my – obywatele.

Stacja Pogotowia Ratunkowego w Słupsku. Oto wypowiedzi dwóch ratowników oraz lekarza:

– „Póki nie będziemy wysyłani do typowych zgonów, to dużo to nie zmieni. Jeżeli pacjent jest żywy, my go reanimujemy, przywracamy czynności życiowe, ale jeśli dochodzi do zgonu, to wzywamy lekarza rodzinnego lub jak jest z nami w zespole lekarza z karetki” – powiedział jeden z ratowników.

– „Nawet przywracanie czynności życiowych może spowodować, że nastąpi błąd i to jest wpisane w ryzyko naszego zawodu. A w tej kwestii, to na pewno będą szkolenia. Ja sam nie widzę w tym nic złego, ale ratownictwo medyczne powinno się ograniczyć do ratowania życia a nie stwierdzania zgonu” – podkreślił drugi ratownik dodając: – „Kto chce i czuję się na siłach, to niech się szkoli, a jak szkolenie w tym kontekście będzie obowiązkowe, to w karetce będzie dwóch ratowników po przeszkoleniu w celu prawidłowego stwierdzenia zgonu”.

– „To jedno wielkie nieporozumienie! Jako lekarz z wieloletnim stażem mogę się pomylić! My lekarze nawet boimy się stwierdzać zgon. Jak już jesteśmy w domu chorego, nieprzytomnego, u którego akurat nastąpiło zatrzymanie akcji serca, to musimy odczekać 5 – 7 minut by przystąpić do reanimacji, która trwa około 40 minut” – zaznaczył lekarz.

– „Możemy przywrócić pracę serca, płuc, ale nie wiemy co z mózgiem, a przecież człowiek jest uznany za zmarłego jak przestaje pracować mózg. A to, że ratownicy medyczni mają stwierdzać zgon, to wciskanie na plecy ratownika dodatkowego obowiązku; zresztą nie są do tego szkoleni. Wystarczyłby lekarz bez żadnej specjalizacji, ale po odpowiednim szkoleniu” – podsumował lekarz ze Słupskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego.

 

 

 

Do krytyków szefa MEN pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bój to jest wasz ostatni, czyli bezowocne ujadanie

Nie ma specjalnych powodów abym kochał ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka, ale teraz będzie o nim nawet z pewnym podziwem. Otóż ważę, ile to pomyj wylano na katolickiego reformatora oświaty. Co robi źle, co dobrze – ocena zależy od często bezkrytycznego zapatrzenia albo od wściekłej nienawiści do wszystkiego, co polskie i patriotyczne. Zważcie ludkowie (bynajmniej nie dobrzy) sami. Ile trudu – papieru, atramentu, stukania w komputer – zajęło wam niszczenie tego faceta?

Odsądzacie Czarnka od czci i wiary na wszelkie sposoby i… I nic! Minister przypomina mi – w związku z konsekwencją działania, uporem i przyklejoną drwiną uśmiechu – izraelskiego wodza Benjamina Netanjahu. Tamtego wieloletniego premiera, rzeczywiście zanurzonego po uszy, topią usilnie, a on nadal rządzi. Pan Czarnek nie jest przywódcą państwowym, ale facetem, który ma jakiś konkretny program, obwieścił go i realizuje.

A krytykujące szefa MEN potwory liberalne najwidoczniej nie wiedzą czego chcą. Kręcą się, jak coś tam w przeręblu i parują pod wpływem ciepłych temperatur.

Po warszawskim pochodzie 4 czerwca rzeczywiście ci, którzy zjechali się licznie i za własne pieniądze do stolicy mogli mieć satysfakcję. Tu się im udało. Tak jak i wyważone wystąpienie Tuska przed Zamkiem Królewskim. I tyle. Bo jednak sondaże niewiele drgnęły. Skoku nie odnotowano. Więc Donaldowi doradzono: „Nie ma co walczyć delikatnie, wal Donek dosadnie”. I tak już w Poznaniu zrobił. Pokazał prawdziwą gębę. Wściekłego, nie przebierającego w obraźliwych słowach.

Na ministra Czarnka szambo nadal leci. Ale to chłop twardy – przynajmniej tak wygląda. Wokół ma wielu gogusi, którzy pewnikiem wkrótce się wykruszą. Pierwszy krok redukcyjny dokonano w gromadzie wicepremierów. Co prawda tłumaczenie – oczywiście słusznej decyzji – jest bardzo pokrętne i zupełnie niepotrzebne. No trudno. Najważniejsze, że nie ma już tylu wice. Wystarczy jeden. Da radę. Czarnek też. Nie chodzi o to by się do niego modlić, ale aby był konsekwentny i odważny.

To ministerstwo – ważne przecież bardzo – miało wielu tragicznych wodzów. Jeśli nawet był dobry to okazywało się, że liczyć nie umie. Jeśli była lewicowa – to zlikwidowała szkolnictwo zawodowe. Jeśli udawał patriotę i prawicowca to okazywał równie głupi jak długi.

Teraz jest rzeczywiście – nie da się ukryć – prawicowy minister oświaty. Wiele jest sposobó by hamować zbyt daleko idące zapędy. Ale w najważniejszych sprawach minister Czarnek ma rację. Rzecz nie jest nowa – taka będzie Ojczyzna, jak wychowanie młodzieży.

Dookoła jeden z drugim, jak nie cykor to histeryk (skąd my to znamy?) – cichcem nawet słuszne rzeczy wygłaszane są z mównicy w Strasburgu. A należałoby donośnie i odważnie. Tak jak to teraz zrobił kilka razy europoseł Dominik Tarczyński.

Zostało już czasu niewiele, gdy społeczeństwo powie – sprawdzam. Na piśmie. I potem na nic wszelkie gadanie. Komentowanie nie będzie miało sensu, bo i słuchania nie będzie.

 

 

Słoneczny fresk CEZAREGO KRYSZTOPY: Temida na plaży

Szło sobie plażą dwóch sędziów, potężnych, dostojnych, w czarnych strojach kąpielowych z fioletowymi dodatkami, żywo dyskutując o sprytnych politycznych przedsięwzięciach, jakie w najbliższym czasie planowało podjąć ich apolityczne środowisko.

Zajęci rozmową na apolityczne tematy polityczne, jak to tego rodzaju dostojni sędziowie, nie zwracali uwagi na zwyczajnych ludzi. I tak idąc sobie wzdłuż brzegu morza potknęli się o wypoczywającą na ręczniku w motywy doryckie, Temidę.

Ta poderwała głowę oburzona, najpierw zgromiła wzrokiem dostojnych sędziów, ale po chwili pomyślała – Zaraz, to chyba moi! – I tak chwilę mierzyli się wzrokiem. Temida uśmiechnęła się jak do starych znajomych, ale nie znalazła zrozumienia w oczach dostojnych sędziów – Nie poznajecie mnie? Jestem Temida – rzuciła nieco rozczarowana bogini sprawiedliwości i prawa.

Piękna jak Michnik

– Tia, jasne… – żachnął się jeden z dostojnych sędziów – Temida, łaskawa pani, ma wagę Romana Giertycha, miecz Marty Lempart, jest piękna jak Adam Michnik… – zaczął wyliczać zniecierpliwiony – No właśnie, ma włosy jak Rafał Gaweł, uśmiech jak Guy Verhofstadt, specjalny język jak Rafał Pankowski i bije od niej blask jak od Donalda Tuska, więc odradzamy dyskusję z wolnymi sądami, bo te czasem potrafią całkiem szybko i bezstronnie zrobić porządek z kwestionującymi ich powagę!

– Ale… – zaczęła zaskoczona Temida…

Nikt jej już jednak nie słuchał, gdyż dostojni sędziowie, których czas jest o zbyt cenny, żeby tracić go na zajmowanie się sprawami pospólstwa, z prędkością zadziwiającą jak na ich poziom dostojeństwa, oddalili się wzdłuż brzegu by kontynuować dysputę na temat zupełnie apolitycznej walki o władzę i projektu ustawy o obowiązkowym ubóstwieniu „monteskiuszowskiego trójpodziału władz”.

Tylko jeden rzucił jeszcze przez ramię: – Katolicka fundamentalistka jakaś…

WOŁODYMYR SYDORENKO: Chcą zmieniać płeć, aby nie iść na wojnę?

Duma Państwowa Rosji przyjęła w pierwszym czytaniu ustawę zakazującą przeprowadzania operacji medycznych mających na celu zmianę płci. Ministerstwo Sprawiedliwości Rosji ogłosiło również zakaz oficjalnej wymiany paszportów w związku z chirurgiczną zmianą płci.

Dyskusja nad ustawą ujawniła wagę tego problemu, a także jego ogromną złożoność. Jak wiadomo, medyczna zmiana płci nie jest zabroniona w większości krajów świata. Dlatego zakaz takiej działalności w Rosji, a także zakaz wymiany paszportów z tego powodu, oznacza zwycięstwo autorytarnego rządu Federacji Rosyjskiej.

Oficjalnie nie ma statystyk dotyczących liczby operacji zmiany płci przeprowadzanych w placówkach medycznych w Rosji. Być może deputowani do Dumy Państwowej, znają nieoficjalne statystyki, ale nie mówią głośno o liczbach i ukrywają je przed dziennikarzami. Jednak deputowani z przekonaniem twierdzą, że liczba takich operacji rośnie. Wiceprzewodniczący Dumy Vladislav Davankov na przykład na posiedzeniu Komisji Ochrony Zdrowia 14 czerwca poinformował, że rośnie też liczba wymian paszportów z powodu zmiany płci.

Tylko w ubiegłym roku liczba osób, które zmieniły płeć, podwoiła się w Rosji. Jedną z przyczyn mogła być chęć uniknięcia powołania do wojska i wysłania na wojnę do Ukrainy, poinformował deputowany do Dumy Państwowej Dmitrij Hubezow, powołując się na fakt, że „wszyscy o tym mówią”. Nie wiadomo, ilu Rosjan zmieniło płeć na oddziałach chirurgicznych – przyznał zaś wiceminister zdrowia Rosji Oleg Salagaj. Powiedział jednak, że „jeśli mówimy o liczbach, to statystyki MSW dotyczące wymiany paszportów są chyba najdokładniejsze pod tym względem. W 2022 r. 996 osób złożyło wniosek o wymianę paszportów ze względu na zmianę płci. Jeśli chodzi o korektę chirurgiczną, liczba ta jest oczywiście mniejsza.

Ustawa zakazująca zmianę płci wywołała w Dumie ożywioną dyskusję. Okazało się, że stosunek deputowanych do tego problemu nie jest jednoznaczny. Ołeksij Kurinny, zauważył, że jeśli Rosja przyjmie surowy i kategoryczny zakaz zmiany płci, „możemy mieć po tym dziesiątki, setki samobójstw”.

„Szukaliśmy takiej formy, aby z jednej strony taki zakaz został ustanowiony, a z drugiej strony nie można było zapomnieć o tych dzieciach, które mają wrodzone anomalie w kształtowaniu się poczucia płci, a które naprawdę potrzebują interwencji chirurgicznej” – stwierdził Vladislav Davankov.

Dmitrij Hubezow zauważył zaś, że chirurgiczna operacja przekształcenia chłopców w dziewczynki i odwrotnie wynika czasami z wrodzonych zaburzeń formowania się płci. W przypadku osób z wadami wrodzonymi nie uważamy tego za zmianę płci.

Zupełnie innym tematem jest sytuacja, gdy „osoba żyje w jednej płci do 14 roku życia (paszporty wydawane są w Rosji w wieku 14 lat – przyp. autora) lub do 18 roku życia, czyli do pełnoletności i nagle stwierdza, że jest nie chłopcem a dziewczynką i musi mieć operację.

Deputowani nie znaleźli jednak rozwiązania problemu, jak postępować z transseksualistami. Vladislav Davankov uważa transseksualizm za chorobę psychiczną, którą należy leczyć. Jego zdaniem stanowisko rządu w sprawie osób transpłciowych jest kwestią polityczną.

Deputowany Ołeksij Kurinny zapytał Ministerstwo Zdrowia, czy istnieje oficjalne stanowisko rosyjskich psychiatrów na temat natury tego zjawiska. Jednak nie otrzymał odpowiedzi. Zwrócił uwagę, że wielu psychiatrów nie uważa transseksualizmu za chorobę psychiczną. „Czy istnieją gwarancje, że jeśli surowo zakażemy zmiany płci, nie wzrośnie liczba samobójstw z tego powodu? – pytał Kurinny.   Zauważył też że, jeśli w Rosji „zablokujemy możliwość zmiany płci”, to taka usługa jest świadczona „dość szeroko” i za przystępną cenę zagranicą. „Co zrobić z tymi, którzy tam jadą, zmieniają płeć i tu wracają? Jak sobie radzić z tą kategorią, jak je badać, jak obchodzić się z paszportami, nie mówiąc już o wszystkich innych kwestiach medycznych?” — dopytywał Kurinny.

Przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości Rosji Oleg Bykow i Larisa Krykanova stwierdzili, że „po wprowadzeniu zakazu zmiany płci w Rosji bez wskazań medycznych transseksualiści, którzy przeszli operację za granicą, nie będą mogli wymienić paszportów w Rosja w zwykły sposób”. A jak mają być traktowani, tego nikt nie wie…