Prezes SDP po deklaracji premiera o obronie Polsatu i TVN: To wątpliwe z punktu widzenia wolności gospodarczej i wolności słowa

W środę premier Donald Tusk zadeklarował, że przy pomocy rozporządzenia, będzie bronił przed sprzedażą i przejęciem dwóch dużych telewizji komercyjnych Polsat i TVN. „Jeżeli prawdą jest co mówił premier Donald Tusk, wówczas nie będzie można bez zgody rządu sprzedać ani przejąć tych stacji, to jest to decyzja bardzo zaskakująca i kontrowersyjna” – powiedziała portalowi sdp.pl prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz.

„To wyraźna ingerencja w sferę mediów i to w sferę mediów komercyjnych, które podlegają mechanizmom wolnego rynku i na pewno powinny działać w sposób niezależny od polityków” – oświadczyła szefowa SDP. „Jeszcze kilka lat temu organizowano w Polsce manifestacje w obronie TVN, aby nikt z zewnątrz tej firmy – myślę o instytucjach państwowych – nie ingerował w jej ustrój gospodarczy” – przypomniała. Wówczas wskazywano na niezgodność struktury właścicielskiej TVN z traktatami obowiązującymi w Unii Europejskiej. Pan premier sam sobie przeczy tą decyzją, przeczy temu, co głosił na temat wolności słowa jeszcze kilka miesięcy temu” – zazanaczyła Hajdasz

„Dla mnie sprawa jest dosyć oczywista. W sytuacji, w której pojawiły się realne informacje o tym, że TVN może kupić ktoś nie związany z obozem politycznym Donalda Tuska, to natychmiast premier chcę tę transakcję zablokować, nie wahając się przed użyciem wszelkich dostępnych instrumentów, jakimi byłyby ochrona Polsatu i TVN ze 'względów bezpieczeństwa’ wprowadzona rozporządzeniem”- powiedziała szefowa SDP.

„Jest to na pewno wątpliwe z punktu widzenia zarówno wolności gospodarczej, jak i zasady  wolności słowa i niezależności mediów” – skomentowała.

not. red – sdp.pl

KOMENTARZ MARIUSZA PILISA do decyzji EFJ o niepublikowaniu treści na X Elona Muska

Komentarz wiceprezesa SDP Mariusza Pilisa do decyzji o niepublikowaniu przez EFJ swoich treści na Platformie mediów społecznościowych  Elona Muska X od 20 stycznia 2025 r., czyli od daty objęcia urzędu prezydenta USA przez Donalda Trumpa.

Podstawowa kwestia, która w opublikowanym stanowisku EFJ narzuca się niejako automatycznie to ocena platformy X, którą rzekomo jej obecny właściciel „przekształcił w maszynę dezinformacji i propagandy”. Stanowisko EFJ ma podeprzeć przykład kilku europejskich mediów i organizacji dziennikarskich, które wycofują się z platformy X.

Rodzą się w związku z tym pytania: czy kiedykolwiek w przeszłości, kiedy platforma X nosiła jeszcze dumną nazwę Twitter a umieszczane tam treści podlegały lewicowej cenzurze, EFJ protestowało przeciw tym haniebnym zachowaniom i składało deklaracje opuszczenia tej platformy? Czy czyniły tak inne media, które dumnie wymienia w swojej deklaracji EFJ?

Jakie to „zagrożenia dla demokracji i wolności słowa” stanowi jedyna niepodlegająca cenzurze platforma medialna jaką jest obecnie X? Przecież Elon Musk stając się właścicielem Twittera taką lewicową, wręcz lewacką cenzurę z platformy X zdjął. Czy to przeszkadza EFJ? Symptomatyczne, że deklaracja centrali organizacji dziennikarskich w Europie, następuje po przegranych przez środowiska liberalne i lewackie amerykańskich wyborów prezydenckich. Czyli, jednak polityka. Nie wolność.

Według słów Mai Sever, szefowej EFJ – „Portal społecznościowy X stał się preferowanym nośnikiem teorii spiskowych, rasizmu, skrajnie prawicowych poglądów i mizoginistycznej retoryki. X to platforma, która nie służy już interesowi publicznemu, ale konkretnym ideologicznym i finansowym interesom jej właściciela i jego politycznych sojuszników”.

O jakim „interesie publicznym” pisze Maja Sever? Przecież brak cenzury w komunikacji społecznościowej to zjawisko, które należy wspierać a nie z nim walczyć, argumentując to jeszcze troską o demokrację.

Czy powszechnym zjawiskiem w demokratycznym społeczeństwie, tym bardziej w stanowisku prezentowanym przez EFJ w tej sprawie, ma być bojkot medium, którego nie kontrolujemy? Nie uprawiamy tam ideologicznej cenzury? Nie możemy zablokować treści?

Wielkie musi być rozczarowanie w środowisku EFJ wygraną Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach, skoro organizacja pozwala sobie arbitralnie na podjęcie tak kontrowersyjnego stanowiska. Za tym ideologicznym gestem pójdą następne. Na przykład rejestracja na platformie BlueSky, gdzie dominują osoby o liberalnych i lewicowych poglądach rozczarowane zwycięstwem konserwatysty Donalda Trumpa wspieranego przez właściciela X Elona Muska? W zasadzie to już się dzieje. EFJ postanowiła właśnie przenieść się na tę platformę. Chciałoby się skomentować: Z deszczu pod rynnę.

Bo jeśli chodzi o brak „toksyczności” na BlueSky to warto przywołać przykład użytkownika „End Wokeness”. Kilka tygodni temu założył on konto na nowej platformie. Zostało zablokowane po zaledwie 30 sekundach. Dlatego, że napisał tam, iż… istnieją tylko dwie płci.

Symptomatyczna jest tu sytuacja z polskiego podwórka, gdzie praktycznie wszystkie lewicowe środowiska medialne zapowiedziały podobną akcję jak EFJ.

Sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez tak komentuje inicjatywę EFJ:

„Ewolucja redakcyjna X … jest po prostu sprzeczna z naszymi humanistycznymi wartościami, naszym zaangażowaniem w wolność prasy i pluralizm mediów oraz naszą walką z wszelkimi formami nienawiści i dyskryminacji. Decyzja o zawieszeniu naszego konta @EFJEUROPE wydawała nam się oczywista i zachęcamy naszych partnerów i wszystkie organizacje broniące wolności słowa do migracji na inne platformy” – podkreślił Gutiérrez.

Widzę w podjętej przez EFJ inicjatywie skrajnie zideologizowaną, polityczną postawę. Tym bardziej niebezpieczną, że zmienia podstawowe w demokracji znaczenia i pojęcia. Ucieczka z nieobjętego cenzurą obszaru mediów społecznościowych w kierunku „innych platform”, gdzie cenzuruje się powszechnie wypowiedzi, eliminując wolność słowa uważana jest za wybór wolności i odejście od „toksyczności i dezinformacji”.

EFJ to federacja złożona z wielu podmiotów, wielu środowisk i indywidualności. Nikt nie zadał sobie trudu aby skonsultować z organizacjami narodowymi powyższe stanowisko. Nikt nie zapytał nas w SDP, co o tym myślimy. Tak ma wyglądać owa wolność i demokracja w obronie których zastosowano arbitralne, niekonsultowane decyzje, które pchają EFJ do wizerunkowej katastrofy? Przecież tak poważna deklaracja polityczna, jaką jest decyzja o wyjściu z platformy X, powinna być przedmiotem szerokiej debaty środowiska. Najlepszym do tego miejscem są coroczne zjazdy delegatów wszystkich europejskich organizacji krajowych. Ale zamiast tego pcha się wszystkich arbitralnie w kierunku lewackiej ściany, mimo, że nie wszyscy się z tym zgadzają.

I na koniec taka refleksja:

Drogie Koleżanki i Koledzy z centrali EFJ, platforma X to medium. Platforma Bluesky to także medium. Dlaczego nie chcecie aby nasze treści docierały do wszystkich użytkowników sieci społecznościowych? Tych z lewa i tych z prawa? Tych na górze i tych na dole? Warto nakładać sobie kaganiec poprawności politycznej i ideologiczną smycz tam, gdzie może dominować wolność i różnorodność? EFJ powinna mieć swoje konta profilowe na wszystkich platformach społecznościowych. Stosowanie kneblującej autocenzury o wyraźnie lewackim kolorze nasuwa skojarzenia orwellowskie. Że są równi i równiejsi. To bardzo niebezpieczna zabawa, która ujawnia jakimi ścieżkami wypychana jest z EFJ logika a zastępuje ją ideologia. Z pewnością trzeba będzie to omówić na najbliższym zjeździe EFJ, w maju 2025, w Budapeszcie.

 

Mariusz Pilis

wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP)

 

Poniżej link do artykułu ze strony EFJ zapowiadającego niepublikowanie na X od 20 stycznia 2025 r. treści firmowanych przez federację

X-odus: @EFJEUROPE account will be frozen from 20 January 2025

 

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Monika Olejnik i ruscy terroryści

Obejrzałem TVN, a tam wiecznie żywa Monika Olejnik z członkami nieszczęsnej komisji pegasusowej, państwem Zembaczyńskim i Sroką. Jednym z głównych tematów były związki kandydata Nawrockiego z zatrzymanym niejakim Olgierdem L. Całość rozmowy powinna zaprowadzić tę trójkę prosto przed sąd, gdzie należałoby zapłacić solidne kwoty za serię pomówień i zniesławień.

Schemat wygląda zawsze tak samo. Pani prowadząca stwierdza, że Karol Nawrocki ma straszne powiązania z jeszcze straszniejszymi gangsterami, czego dowodem ma być zupełnie przypadkowe przymknięcie jednego z nich przez prokuraturę. Potem pani Sroka, jako była policjantka z Trójmiasta, relacjonuje, że związki kandydata z półświatkiem były „powszechnie znane”. Muszę przyznać Witoldowi Zembaczyńskiemu, że lepiej od koleżanki zdaje sobie sprawę z konsekwencji prawnych swoich słów, bo zabezpiecza się, zwracając uwagę, że to, o czym mówi, opiera się na jakimś dokumencie, który wytworzyła, a może po części spreparowała pisowska konkurencja Nawrockiego. Ale prowadząca nie traci animuszu. Sprawa przenosi się w obszar powiązań kandydata z międzynarodowym terroryzmem i rosyjską agenturą.

Najważniejsza manipulacja dziennikarzy prowadzących program, o ile Monikę Olejnik można wciąż nazywać dziennikarką, polega na ustawieniu pewnych tematów a priori. Polega na uznaniu ryzykownych tez, hipotez czy wręcz pomówień za punkt wyjścia, a potem budowaniu na ich bazie piętrowego zniesławienia. Tego rodzaju manipulacji narracyjnej, albo świadomego popełniania błędu, po łacinie zwanego petitio principii, nie trzeba uczyć się na kursach ani od rodziców esbeków. Uczciwie mówiąc, byle kretyn to potrafi zrobić, a większość z nas czasami w ten sposób manipuluje. Jest to dość powszechne w programach telewizyjnych, a „wzorcowe” BBC i CNN osiągnęły w tym mistrzostwo. Nie rozmawiano na przykład przed rokiem o tym, czy faktycznie w Polsce łamane są praworządność albo prawa mniejszości, ale o tym, jak temu zaradzić, przy założeniu, że problem jest oczywisty i jednoznaczny. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy w programie brakuje nawet jednej osoby, która by tę narzuconą tezę podważyła.

A da się inaczej. Potem przełączyłem na rozmowę Katarzyny Hejke w „Republice” na ten sam temat z kilkorgiem polityków. Hejke także w pytaniach stawia tezy – zresztą wiadomo, że ma wyraziste poglądy. Jednak w jej programie pojawia się odniesienie do różnych możliwości i wątpliwości. Jest dyskusja o samym Nawrockim i jego znajomych, o tym, czy niejakiego Olgierda L. na pewno przypadkowo zatrzymano tuż przed wyborami, oraz o brutalności kampanii wyborczej. Wśród gości znalazł się zarówno przedstawiciel Platformy, jak i ktoś z Razem. Toczy się rzeczywista dyskusja.

Natomiast jeśli prowadząca program, który – czy tego chcemy, czy nie – jest dość wpływowy, wychodzi od faktycznego pomówienia wobec kandydata prezydenckiego, a potem dwóch rozmówców o takich samych poglądach bije pianę, to mamy do czynienia z upadkiem. Szczęśliwie w przypadku Moniki Olejnik nie ma już jak upaść niżej, więc BHP dziennikarskie zostało zachowane.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Barnier upadł, Scholz upada, a i Tusk jakiś niewyraźny

Upadł rząd Michela Barniera we Francji. Rząd Olafa Scholza ledwo trzyma się kupy. A i Donald Tusk coś jakiś niewyraźny.

Rząd Michela Barniera upadł. Być może to ostatni rząd, który był w stanie urodzić Emmanuel Macron. W rozbitym francuskim parlamencie nie bardzo widać partię, czy koalicję, która mogłaby jakiemukolwiek rządowi zapewnić stabilną większość. Macron wprawdzie odmawia ustąpienia ze stanowiska, ale nie wiadomo jak w takim stanie długo wytrzyma.

Barnier (Macron?)

Niektórzy mówią, że to „wina” Marine Le Pen, która miała go po cichu wspierać, a ostatecznie tego wsparcia odmówiła. Czy można się jednak dziwić liderce francuskiego Zjednoczenia Narodowego, któremu tyle razy odmawiano udziału we władzy, tyle razy odsuwano od wpływu na Francję przy pomocy dziwacznych machinacji, łamiąc przy tym wyroki francuskiego demosu?

Nie wiem czy obserwujemy dziś tylko upadek francuskiego magika Emmanuela Macrona, czy w ogóle upadek obecnego francuskiego modelu „demokracji liberalnej”. Jak by się to jednak nie skończyło, to ta rzekoma „demokracja” liberalna, w coraz większym stopniu pozbawiona znamion demokracji, sama jest sobie winna. Tak długo kuglowała i kiwała, że w końcu zaplątała się we własne sznurówki i wyrżnęła głupim ryjem o glebę.

Olaf Scholz

Zadziwiająco podobnie wygląda sytuacja rządu Olafa Scholza w Niemczech. Mniejszościowy rząd po rozstaniu z liberalną FDP jeszcze jakoś siłą inercji jedzie, ale spodziewane są rychłe, przedterminowe wybory, które SPD zapewne przerżnie z kretesem.

Znów, można oczywiście winą za upadek niemieckiego rządu obarczyć wierzgającego szefa FDP Christiana Lindnera. Wieść jednak gminna niesie, że był zmuszany przez Scholza do cudów nad budżetem, a pozostawanie w niepopularnym rządzie groziło zanikiem FDP.

Sytuacja w Niemczech wydaje się na nieco innym etapie niż we Francji. Bardziej prawdopodobne jest, że upadnie rząd, ale nie upadnie system polityczny. Istnieje jednak alternatywa w postaci CDU-CSU, która przy dobrych dla siebie wiatrach, będzie gotowa przejąć berlińskie stery. Jednak niemieckie „elity” i niemiecką „demokrację liberalną” toczą te same robaki, co francuskie i lata guseł odprawianych nad wyrokami demokracji, mogą sprawić, że co się odwlecze, to nie uciecze.

Donald Tusk

W tym czasie w Polsce rządzi niemiecki gubernator na Polskę Donald Tusk. Dopiero co wydawało się, że złapał wiatr w żagle i wykorzystując pozytywną dla siebie koniunkturę, czyli swego rodzaju bidenowski leasing Europy na rzecz Niemiec, odnajdzie się w roli tego, który złamie i na powrót przytroczy Polskę do niemieckiego powozu. Jednak wiele w tej kwestii zmienił wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych. Nie wiem co będzie z Francją, ale wiele wskazuje na to, że rząd w Niemczech zmieni się również po to, by stosunki niemiecko – amerykańskie pozostały na w miarę rozsądnym poziomie. W tym układzie Tusk może się okazać nie tyle atutem, co obciążeniem dla Niemiec. Już widać, że szuka sobie nowego pana pośród tych, którzy w Brukseli popiskują, że „Europa poradzi sobie bez USA i Trumpa”.

Kiepski to jednak patron, mający oparcie jedynie w części brukselskiej biurokracji. I o ile Niemcy nie odważą się na wariant „Amerykanom mówimy, że Tusk jest be, ale po cichu go podtrzymujemy”, to jego przyszłość maluje się raczej w dość ponurych barwach.

A to jest, proszę Państwa, jeszcze jedna szansa dla Polski. Nie taka znów wielka i niepozbawiona wad. Ale jest.

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ o likwidacji BIEŁSATU: (…) historia i państwo polskie rozliczą likwidatorów z TVP

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich poprzez specjalne oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy  stanowczo zaprotestowało przeciwko likwidacji niezależnej Telewizji Biełsat. Apelujemy także do wszystkich odpowiedzialnych osób i instytucji o podjęcie działań w celu utrzymania funkcjonowania tej stacji na odpowiednim do jej rangi poziomie. W ciągu 18 lat swojego istnienia telewizja Biełsat stała się ważnym narzędziem realizacji zasady wolności słowa, niezależności dziennikarskiej i pluralizmu mediów w państwach Europy Wschodniej, przede wszystkim na Białorusi i w Rosji.  Niszczenie tego dzieła jest skandalicznym naruszeniem tych  fundamentalnych  dla współczesnych państw zasad i lekceważeniem praw człowieka. Pozwolę sobie rozszerzyć dziennikarskim komentarzem to nasze stanowisko. Skandal i hańba  to najłagodniejsze słowa, jakich można użyć widząc działania likwidatorów w stosunku do tej stacji i do ludzi w niej pracujących.

Komentarz ws. likwidacji TV BIEŁSAT – prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Mam nadzieję, że historia i państwo polskie rozliczą likwidatorów z TVP

3 grudnia posłowie Prawa i Sprawiedliwości wraz z twórczynią telewizji Biełsat red. Agnieszką Romaszewską-Guzy na specjalnej konferencji prasowej w Sejmie w zaapelowali do premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego nie likwidowanie jedynej niezależnej białoruskiej telewizji, czyli Biełsatu. Do faktycznej likwidacji stacji doprowadziły obecne władze telewizji publicznej, tzw. neo TVP, czy jak kto woli „TVP w likwidacji” bo taka jest dzisiaj oficjalna nazwa tego, co pozostało po przejętych siłowo przez rządzącą koalicję mediach publicznych już prawie  12 miesięcy temu.

Warto zauważyć, że telewizja  Biełsat łączyła różne środowiska, dzięki niej  Polska mogła oddziaływać na Wschód, bo przekazywała po białorusku i po rosyjsku informacje niezależne od wschodnich rządów. Zniszczenie Biełsatu jak w soczewce pokazuje nam bezsens i krótkowzroczność działań obecnie rządzącej ekipy Donalda Tuska i jego reprezentantów w mediach publicznych. Najgorsze jest to, że ta destrukcja dotyka wielu ludzi zza naszej wschodniej granicy.

Poznajmy choć jeden przykład – czyli losy jednej młodej dziennikarki tej stacji, która dzisiaj  odsiaduje karę 8 lat więzienia, a właściwie kolonii karnej. Ta dziennikarka to – cztery lata temu – 27-letnia Kaciaryna Andrejewa. W listopadzie 2020 roku została aresztowana razem z drugą dziennikarką, 23-letnią wtedy Darią Czulcową.  Kaciaryna i Daria prowadziły transmisję z protestu w Mińsku, gdy tysiące Białorusinów wyszły na ulice swoich miast, by zaprotestować przeciwko zamordowaniu opozycjonisty Ramana Bandarenki. W trakcie manifestacji doszło do starć z milicją. Zatrzymanych zostało około tysiąca Białorusinów. Dziewczęta prowadziły transmisję live dla Biełsatu z tego protestu . Za to zostały aresztowane, obie zostały skazane Daria na dwa lata więzienia, a Kaciaryna początkowo też na dwa lata, ale potem postawiono jej dodatkowy zarzut „zdrady stanu” i sąd skazał dziennikarkę aż na osiem lat więzienia. Wiele więcej o samym procesie nie wiadomo, ponieważ śledztwo zostało utajnione, a rozprawy odbywały się za zamkniętymi drzwiami.

Daria zdążyła odsiedzieć swój wyrok i wyjechała z Białorusi, jej przyjaciółka nadal jest w więzieniu. A Kaciaryna to młoda mężatka, która swoim szczęściem cieszyła się tylko rok. Tylko za to, że z balkonu jednego z mieszkań w Mińsku filmowała i nadawała dla polskiej telewizji Biełsat relacje z protestów, takich jak ona, zwykłych obywateli Białorusi. Kaciaryna uwierzyła Polsce, uwierzyła w to, że każdy ma prawo do pozyskiwania informacji, do ich poznawania i przekazywania. A teraz ta Polska niszczy to dzieło, za które ona musi spędzać w więzieniu swoją młodość. 8 lat więzienia to dla młodej kobiety całe życie.

Takich osób jak Kaciaryna jest dziś w białoruskich więzieniach wiele. Wśród nich jest obecnie 28 dziennikarzy, a wśród nich aż piętnastu reporterów i operatorów to współpracownicy Biełsatu. Co ma im do powiedzenia kierownictwo obecnej neoTVP. gdy tak bezmyślnie i niefrasobliwie likwiduje ten niezwykły kanał telewizyjny, znany przecież w całej Europie? Warto zapytać –  w czyim interesie działa dziś ta „TVP w likwidacji”?

3 grudnia została potwierdzona przez  Telewizję Polską informacja o tym, że TVP S.A.”w likwidacji”  włączyła swoje obcojęzyczne kanały do jednej struktury organizacyjnej pod roboczą nazwą Ośrodek Programów dla Zagranicy. Nowa jednostka oparta jest o istniejące kanały – TVP World i Telewizji Biełsat. Przyszłoroczny budżet TV Biełsat wynosi 18 mln zł oznacza de facto likwidację tego kanału, poinformowała o tym na specjalnej konferencji prasowej w Sejmie b. dyrektor tej stacji red. Agnieszka Romaszewska-Guzy, pomysłodawczyni i główny organizator tego przedsięwzięcia.  Biełsat to jedyny, niezależny, białoruskojęzyczny kanał telewizyjny. Stacja powstała w 2007 roku jako część polskiego nadawcy publicznego – Telewizji Polskiej. Od początku współfinansowało ją polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przy wsparciu rządów kilku europejskich krajów oraz szeregu fundacji. Po agresji Rosji na Ukrainę wszystkie wskaźniki i mierniki siły oddziaływania Biełsatu poszybowały w górę. Rekordy oglądalności i klikalności, co miesiąc zwiększane zasięgi, w badaniach potwierdzało się że co drugi pracujący Białorusin korzystał z Biełsatu. Czy  zniszczenie tej unikatowej na skalę europejską stacji jest naprawdę w interesie Polski?

Tuż przed siłowym przejęciem mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska w grudniu ub. roku  Biełsat był już platformą multimedialną, na którą składały się białoruska telewizja i rosyjskojęzyczny kanał Vot Tak, a także 13 kanałów na YouTube oraz portale internetowe w 4 językach, białoruskim, rosyjskim, polskim i angielskim oraz szereg profili w mediach społecznościowych, takich jak Facebook, Instagram czy dawny Twitter, czyli X. Do marca 2024 r. stacja nadawała  w językach białoruskim, rosyjskim i ukraińskim blisko 21 godzin programu dziennie. Oryginalną ofertę stacji przygotowywało prawie 300 współpracowników – dziennikarzy przebywających w krajach postsowieckich, a także wydawców, managerów i techników w Polsce. W ciągu 18 lat swojego istnienia stacja wyprodukowała prawie 200 filmów dokumentalnych, a jej programy otrzymały około 80 nagród na międzynarodowych festiwalach.  Dziennikarze Biełsatu od początku istnienia stacji swoje programy tworzyli w języku białoruskim, co stanowiło istotny wyróżnik stacji w medialnej przestrzeni Białorusi. Biełsat konsekwentnie pracował na rzecz popularyzacji tego języka, nie tylko przez jego ciągłą obecność na antenie lecz także propagując białoruską literaturę oraz wspierając inicjatywy edukacyjne. Zapraszanym do studia gościom pozostawiano jednak swobodę wyboru między językiem białoruskim a wciąż dominującym rosyjskim.

W ciągu 18 lat swojego istnienia telewizja Biełsat  stała się ważnym narzędziem realizacji zasady wolności słowa, niezależności dziennikarskiej i pluralizmu mediów w państwach Europy Wschodniej, przede wszystkim na Białorusi i w Rosji. Biełsat dawał swoim odbiorcom dostęp do niezależnych informacji o sytuacji w ich kraju. Był także przeciwwagą dla rosyjskiej propagandy.

Gdy piszę te słowa, patrzę na zdjęcie uśmiechniętej, pięknej  dziennikarki Kaciaryny z czasów jeszcze przed aresztowaniem. Nie wiem jak wygląda dzisiaj, ani w której kolonii karnej na Białorusi teraz przebywa. Cena jaką płaci za wykonywanie zawodu dziennikarza jest ogromna. Mam nadzieję, że historia i państwo polskie rozliczą likwidatorów z TVP, którzy zamiast pomagać takim jak ona ludziom, zostawiają ich dzisiaj bez wsparcia w rękach wschodnich oprawców.

 

Prezes SDP i dyrektor CMWP SDP dr Jolanta Hajdasz

 

Umiała być Przyjaciółką – wieczór wspomnień o BARBARZE PETROZOLIN-SKOWROŃSKIEJ

Klub Publicystyki Kulturalnej SDP zorganizował spotkanie poświęcone zmarłej jesienią 2023 roku Barbarze Petrozolin-Skowrońskiej, pisarce, redaktorce i dziennikarce, której pasją była m.in. historia i historyczce pasjonującej się dziejami Warszawy i… swoją Rodziną – jak wspominali uczestnicy spotkania. A wieczór wspomnień nie przez przypadek zorganizowano w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego wieloletnią działaczką była Petrozolin-Skowrońska. Ten niezwykły wieczór wspomnień odbył się 4 grudnia. W imieniny Barbary.

Do Sali SDP przy Foksal w Warszawie przybyło liczne grono znajomych, współpracowników, przyjaciół oraz Bliskich śp. Pani Barbary. Ktoś przybyłych na spotkanie, jeszcze przed jego rozpoczęciem, powiedział, aby nie przypominać już szczegółów z życiorysu Pani Basi, bo „trzeba ją wspominać jako człowieka a nie jako postać historyczną” – zaproponowano. Ja niestety nie mogę tego zrobić, zatem zaczną od krótkiej noty biograficznej, którą publikowaliśmy tego dnia, kiedy dowiedzieliśmy się o tym, że odeszła.

Pisarka, redaktor, dziennikarka

Barbara Petrozolin-Skowrońska urodziła się 24 lipca 1937 r. w Warszawie. Wojnę i okupację przeżyła na  Saskiej Kępie, z którą była związana do końca życia. Ukończyła liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, a później historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Interesowała się m.in. losami polskiej inteligencji, historią prasy i dziejami Warszawy. Współpracowała z ,,Kulturą”, ,,Literaturą”, ,,Mówią wieki”, ,,Nowymi Książkami”. Pisała scenariusze słuchowisk dla Polskiego Radia. Była autorką książek, m.in. „Przed tą nocą” o Powstaniu Styczniowym, i „Król Tatr z Mokotowskiej 8. Portret doktora Tytusa Chałubińskiego”. W latach 1990 – 1998 pełniła funkcję redaktorki naczelnej Encyklopedii PWN, wydała m.in. wyróżnioną licznymi nagrodami Encyklopedię Warszawy.

Współpracowała z Pracownią Dziejów Warszawy i Pracownią Dziejów Inteligencji Instytutu Historycznego PAN. Przez 10 lat była przewodniczącą Komisji Historycznej w Towarzystwie Przyjaciół Warszawy.

Przez wiele lat działała w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, aktywnie pracowała w Klubie Publicystyki Kulturalnej, była inicjatorką wielu akcji stowarzyszenia, publikowała swoje teksty na portalu sdp.pl.

Barbara Petrozolin-Skowrońska odeszła 22 października 2023 roku.

Tyle oficjalnej biografii, przejdźmy do spotkania ze wspomnieniami o Pani Barbarze. Wieczór prowadził jej syn dziennikarz, publicysta, twórca Radia Wnet i wieloletni prezes SDP, teraz w Zarządzie Głównym stowarzyszenia. Na Sali była obecna również prezes SDP Jolanta Hajdasz i wiceprezes SDP Wanda Nadobnik. Zawsze mam problem z wymienianiem osób obecnych na Sali podczas ważnych rocznic, uroczystości i wydarzeń. Na pewno kogoś pominę, ale przynajmniej oddam głos tym, którzy po ponad roku od odejścia Pani Basi wspominali ją tego grudniowego wieczora.

Powspominajmy…

„Na sali są sami przyjaciele mojej mamy” – tak rozpoczął spotkanie Krzysztof Skowroński.  „To jest zatem takie przyjacielskie spotkanie i tak je potraktujmy. Mam nadzieję, że będzie to wieczór pełen ciepłych wspomnień. Porozmawiajmy i powspominajmy mamę” – zachęcał. „Gospodynią tego spotkanie jest szefowa Klubu Publicystyki Kulturalnej Teresa Kaczorowska” – wyjaśnił Skowroński dodając, że redaktor Kaczorowska wyjechała do USA i nie mogła uczestniczyć w spotkaniu. List od niej ze wspomnieniami o Pani Barbarze odczytała wiceprezes SDP Wanda Nadobnik.

„Barbara była osobą bardzo aktywną, ciekawą świata, pracowała i działała głównie w Warszawie, ale też często wyjeżdżała, między innymi na północne Mazowsze. Uczestniczyła u nas w imprezach literacko-kulturalnych. (…) Zawsze była zachwycona kulturą i tradycją Ziemi Ciechanowskiej” – napisała Teresa Kaczorowska we wspomnieniach, które odczytała Wanda Nadobnik.

A sama wiceprezes SDP powiedziała, że oprócz wielu innych wspomnień ma też jedno, które doskonale charakteryzuje Barbarę Petrozolin-Skowrońską, osobę niesłychanie aktywną, która była filarem warszawskiej inteligencji a zarazem filarem Rodziny – mamą, teściową i babcią.

„Ja się denerwuję…”

„Było to chyba w czerwcu 2023 roku. Basia, po spotkaniu w Klubie Publicystyki Kulturalnej SDP, zadzwoniła do mnie. Rozmawiałyśmy, a w pewnej chwili Barabara powiedziała: <<Ja się tak denerwuję, bo Krzysztof zniknął. Prawdopodobnie pojechał do Wrocławia i to samochodem. I nie powiedział mi o tym.>> Mnie przypomniała się moja mama. Kiedy jedna z nas, trzech jej córek, wyjeżdżała gdzieś autem, mama dostawała szału i dzwoniła po wszystkich znajomych. Tak samo Basia” – wspominała Nadobnik dodając, że Pani Barbara następnego dnia zadzwoniła do niej z informacją, że Krzysztof nie powiedział jej, że pojechał samochodem, bo wiedział, że mama się będzie denerwować. Krzysztof Skowroński miał wówczas 57 lat… „To było takie wzruszające” – mówiła Nadobnik. „Tak było…” – potwierdził prowadzący wieczór wspomnień syn Pani Barbary.

Do wielu innych wspomnień i anegdot wracało grono najbliższych koleżanek Barbary Petrozolin-Skowrońskiej, dziennikarek tworzących nieformalny „Klub Wierszówek”. Jedna z nich, Elżbieta Królikowska-Avis tak zapamiętała Panią Basię:

„Spotkałyśmy się jakieś 15 lat temu, pewnie tutaj, na Foksal w Domu Dziennikarza. Miała ogromne <<zapotrzebowanie>> nie tylko na kulturę, ale i na ludzi. Spotkałyśmy się tutaj, wszystkie jesteśmy dziennikarkami, ale przyjaźń przeniosła się poza ten gmach.

Kreatywna w przyjaźni

Spotykałyśmy się a to w teatrze a to na jakimś spotkaniu, promocji książek, a to w restauracji Rukola, to nasza ulubiona, a to w kawiarniach no i w naszych domach” – mówiła Królikowska-Avis.

„Basia była bardzo kreatywna w przyjaźni” – podkreśliła. „Lubiła zaskakiwać nas, kiedy zapraszała nas na te swoje garden – party przy floksach, one zawsze tak pięknie pachniały. Zawsze to przyjątko było bardzo ładnie przygotowane. Kiedyś pamiętam przyszłam do niej a Basia cała rozemocjonowana mówi << O, jesteś, ale wiesz co, posłuchajmy teraz w Radiu Wnet mojego wnuka Józefa, bo on zaraz będzie czytał wiadomości sportowe” – wspominała. „Basia miała <<kawałek >> charakteru. Słuchała oczywiście innych poglądów, co nie oznaczało, że rezygnowała ze swoich, ale nie obrażała się” – tak Elżbieta Królikowska-Avis wspominała Panią Basię.

Nie mówiła o chorobach, ale mówiła „przepraszam”

Inna przyjaciółka Petrozolin-Skowrońskiej z „Klubu Wierszówek” Hanna Budzisz także podkreślała wszechstronne uzdolnienia redaktor Barbary: „Ceniłam Basię za jej lotny umysł i zainteresowanie światem” – opowiadała. „To nie był człowiek, który koncentruje się tylko na sobie, na własnych problemach, na własnych chorobach. Żyła tym, co się działo na świecie, tym co się działo w Polsce, w SDP” – mówiła Hanna Budzisz.

Kolejna przyjaciółka Pani Barbary z „Klubu Wierszówek” Anna Amanowicz wspominała, że prowadziły z Petrozolin-Skowrońską ożywioną korespondencję wysyłając sobie, niekiedy późnym wieczorem lub w nocy SMS-y.

„Basia umiała być przyjaciółką. Kiedy były jakieś nieporozumienia, to Basia natychmiast pisała do mnie wieczorem <<Przepraszam…>>” – podsumowała Anna Amanowicz.

Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas…

Przyjaciółka Pani Barbary, poznana w l. 80 ub. w. pieśniarka Ewa Błoch, śpiewała podczas wieczoru wspomnień ulubione utwory Pani Barbary. „Odnoszę wrażenie, że Basia dość sceptycznie zareagowała podczas naszego pierwszego spotkania, spotkania autorskiego poświęconego jej książce o Powstaniu Styczniowym” – opowiedziała ze śmiechem. „To się jednak szybko zmieniło, bo wówczas wybrałam – jej zdaniem – odpowiednie pieśni i je zaśpiewałam” – mówiła Ewa Błoch. „Basia była dla mnie takim filarem trwania. Trwania przez pokolenia” – podkreśliła. A potem Ewa Błoch zaśpiewała wiersz Karola Wojtyły „Pieśń o słońcu niewyczerpanym”.

 

„…Gdy z bezmiaru wyłaniałeś czas
i opierałeś się na przeciwnym brzegu,
usłyszałeś daleki mój płacz,
i od wieków wiedziałeś, dlaczego…”

 

Skarbnicą opowieści i anegdot o Barbarze Petrozolin-Skowrońskiej okazał się jej wnuk, dziennikarz Józef Skowroński:

„Przepraszam tych wszystkich, których babcia namawiała do słuchania wraz z nią, czytanych przeze mnie wiadomości sportowych. Strasznie mi przykro” – rozpoczął wnuk Pani Basi, co Krzysztof Skowroński skwitował: „To pomyśl, ile było ofiar zmuszonych przez babcię do słuchania twojego taty” – powiedział syn Pani Barbary. „No, tak 30 lat o tym samym” – odparł Józef Skowroński, który teraz w Radiu Wnet prowadzi audycje społeczno-polityczne m.in. Studio Wschód, ale zajmuje się także… muzyką klasyczną.

„Robiłem audycje, aby babcia była zadowolona…”

„Babcia była wybitną recenzentką – myślę, że mogę to powiedzieć w imieniu wszystkich jej wnucząt – cokolwiek trafiało w jej ręce, od moich audycji radiowych, poprzez teksty mojego brata, czy moich sióstr, naszych jakichś tam osiągnięć –  babcia była recenzentem, krytykiem” – mówił wnuk. „Bardzo doceniałem to, że jej recenzja była szczera” – dodał.

„Nie wiem czy to jest dobra metoda dziennikarska, ale w moich przygodach radiowych wyobrażałem sobie, że słucha mnie babcia” – wspominał Józef Skowroński. „Niektóre z tych audycji robiłem nawet tak, aby babcia była zadowolona, bo wiedziałem, że jak ona będzie zadowolona, to jest spora szansa, że inni również mogą uznać, że program jest dobry” – opowiadał.

Kto ma pierwszeństwo?

„Miała bardzo fajne poczucie humoru, abstrakcyjne bardzo często. Pamiętam, że raz kiedy na Saską Kępę zawitała sroga zima – chodniki u nas były śliskie i wąskie, bo parkowały tam wszędzie auta – szedłem z babcią prowadząc ją pod rękę i zobaczyliśmy, że naprzeciwko nam idzie inna kobieta, chyba z wnuczką. Kobieta pchała przed sobą balkonik z kółkami. Próbowałem wymyślić sposób wyminięcia się, ale babcia przeszła ostro w bok, ustąpiła miejsca wchodząc niemal w krzaki. I pociągając mnie za sobą powiedziała z godnością: <<Proszę, pojazdy mają pierwszeństwo>>” – wspominał Józef Skowroński. Wnuk Pani Basi chciał opowiedzieć sztandarowy dowcip Pani Barbary o Czerwonym Kapturku, ale znowu nie zgodzili się na to inni członkowie Rodziny…

Publicysta, wieloletni reprezentant władz SDP –  i jak sam mówi o sobie – dziennikarz od stu lat, Stefan Truszczyński podkreślił, że jest we wspomnieniach o Pani Barbarze pewien kłopot. „Trudno jest wspominać takiego człowieka jak Basia, która wlewała wszędzie i we wszystkich niesamowite ciepło, bo ktoś może to uznać za pochwałę na wyrost, ale to naprawdę były bardzo ciepłe uczucia. I to – co tu dzisiaj chyba padło – że się nie obrażała, że zawsze pogadała” – mówił Truszczyński.

Cholera, za krótko się znaliśmy

„Poza tym, proszę Państwa, to była bardzo ładna kobieta. Jak kobieta jest ładna to się wszyscy do niej garną” – żartował dziennikarz. „Byłem bardzo zaskoczony jej śmiercią, ona przecież do prawie ostatnich dni była sprawna i taka mocna psychicznie…” – podkreślił.

„Jest taki uśmiech wspomnienia, że taką osobę, jak Basia, się znało. Cholera, niestety za krótko. Krzysiu, miałeś wspaniałą matkę” – powiedział Stefan Truszczyński do Krzysztofa Skowrońskiego.

Andrzej Palacz wydawca i przyjaciel Barbary Petrozolin-Skowrońskiej wspominał, że Pani Basia kierowała się w pracy redakcyjnej niespotykaną już dziś zasadą: „Doskonale współpracowało mi się z Basią, bo jeśli był jakiś problem, to nie szukała winnych, tylko zastanawialiśmy się jak wybrnąć z kłopotów” – podkreślił Andrzej Palacz.

Spotkanie zakończyło się po kilku godzinach a jego uczestnicy jeszcze długo wspominali redaktor Barbarę Petrozolin-Skowrońską.

HB

Na naszej stronie jest dostępna relacja (NAGRANIE) z tego wieczoru wspomnień:

KLUB PUBLICYSTKI KULTURALNEJ. Spotkanie poświęcone Barbarze Petrozolin-Skowrońskiej (TRANSMISJA)

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Prześladowcy księdza Isakowicza-Zaleskiego bezkarni

3 grudnia 1985 r. w Krakowie funkcjonariusze komunistycznej bezpieki brutalnie pobili księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny. Więcej – w dokumencie, który lata temu pokazała telewizyjna „Jedynka”, ubecy chwalili się tym, jak znęcali sie nad kapelanem „Solidarności” z Nowej Huty.

Na ekranie kilku mężczyzn i dwie kobiety opowiadali o swojej pracy, że była normalna – jak wiele innych, Że mieli dużo swobody, możliwości działania, nikt ich do niczego nie zmuszał. Żyć nie umierać. Nieczęsto spotyka się tak szczęśliwych ludzi.

Co to za osoby? Pracownicy Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którzy zajmowali się zwalczaniem Kościoła (najbardziej „zasłużona” w tym dziele była założona w 1973 r. komórka D – od słowa „dezintegracja”, pracował w niej jeden z winnych śmierci ks. Jerzego Popiełuszki Grzegorz Piotrowski). W dalszej części SB-ecy bezceremonialnie twierdzili, że nie szkodzili Kościołowi, a przeciwnie – działali dla jego dobra, porządkując szeregi. Poprawiali poziom życia współpracującym z nimi księżom. Szczyt zakłamania i chamstwa.

Fuszerka Piotrowskiego…

Obok wstrząsających scen znęcania się nad kapłanem, widzieliśmy butę prześladowców. O księdzu Zaleskim mówili: nie był żadną ważną osobą w Kościele, a teraz chce zrobić z siebie bohatera (dla przypomnienia – ksiądz badał inwigilację krakowskiego Kościoła przez SB).

Najbardziej brutalnym stwierdzeniem było zdanie o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki: Jak taki doświadczony funkcjonariusz Piotrowski mógł zrobić taką fuszerkę? Esbecy mówili to wszystko beznamiętnie, bez cienia wątpliwości, jakichkolwiek wyrzutów. Mówili przede wszystkim ze świadomością, że za swoje słowa, a – co gorsza – czyny nie ponoszą i nie poniosą żadnej odpowiedzialności. Jakby byli tylko świadkami wydarzeń.

Związek przestępczy

Ze ściganiem komunistycznych przestępstw w pooskragłostowej Polsce jest niestety fatalnie. Od wielu lat prokurator Andrzej Witkowski bada funkcjonowanie w latach 1956-1989 w strukturach MSW związku przestępczego, który dopuszczał się zbrodni i zabójstw na działaczach opozycji politycznej i duchowieństwa. Związek był – jak często eufemistycznie się to nazywa – kierowany przez osoby zajmujące najwyższe stanowiska państwowe. Zamiarem śledztwa prowadzonego przez prokuratora Witkowskiego, jeszcze w ramach Instytutu Pamięci Narodowej, było ustalenie zarówno bezpośrednich sprawców morderstw (takich jak Grzegorz Piotrowski i inni funkcjonariusze Departamentu IV), jak i ich mocodawców.

Już w 1991 r. prokurator Witkowski chciał objąć zarzutami tow. Jaruzelskiego i Kiszczaka i… został nagle odsunięty od sprawy. Do śledztwa wrócił po 10 latach, w 2001 r. jako prokurator lubelskiego IPN, prowadzący śledztwo w sprawie okoliczności śmierci ks. Popiełuszki. W wywiadzie zamieszczonym w „Biuletynie IPN” (styczeń 2003 r.) ujawnił notatkę znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił „wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki”. Po tego typu stwierdzeniach Witkowskiego ponownie odsunięto.

Tylko wykonawcy

To jedna z niewielu po 1989 r. prób ścigania komunistycznych decydentów. Efekt jest taki, że przez lata nie udało się osądzić głównych rozgrywających PRL-owskiego systemu zniewolenia i bezprawia: komunistycznych generałów – Jaruzelskiego, Kiszczaka i Milewskiego (Mirosław Milewski – dla mniej wtajemniczonych – wysoki funkcjonariusz MSW, w 1981 r. szef resortu, związany m.in. ze słynną aferą „Żelazo” – o czym niżej). Prowadzono przeciwko nim wieloletnie, żmudne śledztwa, kierowano do sądu akty oskarżenia. I co? I nic. Właśnie tak było w sprawie wprowadzenia stanu wojennego, pacyfikacji śląskich kopalń, czy – jak w przypadku Milewskiego – proces o wydanie w 1947 r. w ręce NKWD żołnierza AK, który trafił następnie na 12 lat do łagru (Milewski został uniewinniony, gdyż sąd nie był pewny, czy ówczesny Milewski i dzisiejszy Milewski to ta sama osoba).

Potem komunistyczni generałowie przychodzili, lub nie na rozprawy sądowe (często byli w tym czasie chorzy). W jednej takiej sprawie – o przyczynienie się do śmierci 9-ciu górników w kopalni „Wujek” i ciężkiego zranienia 25-ciu w kopalni „Manifest Lipcowy” Sąd Okręgowy w Warszawie skazał co prawda tow. Kiszczaka na cztery lata więzienia. I co? I nic. Precedensowy wyrok okazał się martwy, zresztą na mocy jakiejś dziwnej amnestii karę od razu zmniejszono o połowę. Apelacja potwierdziła, że Kiszczak na odsiadkę jest zbyt stary i chory.

Smutna konkluzja jest taka: Jeśli w dzisiejszej Polsce kogokolwiek dopada karząca ręka sprawiedliwości to tylko okrutnych, ale jednak podrzędnych wykonawców. I to, sądząc po filmie o księdzu Zaleskim, nie wszystkich.

Bezpieczeństwo państwa

Co więcej. Wspomniani komunistyczni generałowie mieli również powiązania agenturalne, co godziło w bezpieczeństwo państwa. Tow. Jaruzelski został – rzecz jasna całkowicie bezpodstawnie – „oskarżony” o współpracę z wojskową bezpieką, czyli Informacją Wojskową, jako agent „Wolski” (a propos Informacji – szef jej najokrutniejszego pionu – Oddziału Śledczego, Władysław Kochan – żył do 2008 r. w Warszawie przez nikogo nie ścigany).

Tow. Kiszczak był związany z Informacją od końca 1945 r. Tow. Milewski miał kontakty nie tylko z „naszymi” służbami, ale również z tymi zza Buga. Wystarczy przywołać znany przecież fakt, że w 1980 r. zawiózł do Moskwy szefowi KGB Andropowowi listę osób przewidzianych do internowania po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce.

Wszyscy trzej komunistyczni generałowie stali za prześladowaniami księży (a przynajmniej o tym wiedzieli) i innymi zbrodniami PRL-u. Od dawna nazwisko Milewskiego pojawia się – obok Jaruzelskiego i Kiszczaka – w kontekście zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. I trudno było dać wiarę tow. Milewskiemu, który do końca twierdził, że o istnieniu w MSW komórki D dowiedział się już po odejściu z resortu.

Przedawnione „Żelazo”

Komunistyczny generał Mirosław Milewski – jeśli w ogóle jest kojarzony – to ze wspomnianą już aferą „Żelazo”, za którą w latach 80. usunięto go z PZPR, a nawet na krótko aresztowano (co rzecz jasna nie powoduje, że jest ofiarą komunizmu, a najwyżej frakcyjnych walk wynikających z sowieckiej mądrości etapu). W III RP na temat tej mrocznej afery PRL-u również powstał film. Tu też – jak w dokumencie o ks. Isakowiczu-Zaleskim – oddano głos przestępcom. Tym razem przed kamerą wypowiadał się Mieczysław Janosz – jeden z trzech braci-przestępców, którzy w latach 70., na zlecenie I Departamentu MSW przemycili do Polski z Europy Zachodniej zrabowane przez siebie pieniądze, złoto, kamienie szlachetne i dzieła sztuki. Ich „opiekunowie” z bezpieki pozwolili im użyć do tego „wszelkich możliwych środków”.

Szefem I Departamentu był wówczas tow. Mirosław Milewski, a dzięki kosztownościom finansowano potem działalność wywiadu PRL. Przez większość filmu Mieczysław Janosz, filmowany m.in. ze strzelbą na polowaniu, wyrażał żal – nie ze względu na swoje przestępstwa, ale dlatego, że on i jego dwaj bracia – Jan i Kazimierz zostali „oszukani” przez MSW i partię. Opowiadał, że z ogromnego łupu Janosze mieli dostać połowę, a przypadło im zaledwie 30 kg., czyli z większą całością – nie wiadomo, co się stało. Tak więc na ekranach telewizorów przestępca, który powinien być sądzony, ubolewał, że większość dowodów jego zbrodni gdzieś się zapodziała. Znów żadnego wyznania win, żadnej skruchy. Ale cóż. Janosz przywykł do bezkarności.

W PRL-u działalność jego i braci (nie tylko napady rabunkowe i kradzieże, ale także inne akty przestępcze, w tym morderstwa) była kryta przez partię i „opiekujące się” nimi służby. W III RP też miał pewność, że włos mu z głowy nie spadnie. Zarzuty bowiem, traktowane jako przestępstwa pospolite, przedawniły się.

Prowadzone w połowie lat 80. śledztwo w sprawie afery „Żelazo” nic nie dało, bo dać nie mogło – prócz kilku nagan i upomnień oraz odsunięcia od głównego nurtu czerwonego koryta tow. Mirosława Milewskiego. Nadzorował je bowiem tow. Czesław Kiszczak. W latach 90. ubiegłego wieku ponownie badano tę sprawę. Z podobnym, jak wcześniej, skutkiem. Umieszczonych w areszcie Janoszów zwolniono.

Mocodawcy

W III RP główny nurt dyskusji o złowrogiej a przede wszystkim przestępczej działalności komuny podryfował w kierunku tajnych współpracowników. Byli tacy, wpływowi i narzucający ton, którzy chcieli, abyśmy zapomnieli o mocodawcach. Abyśmy zapomnieli, kto stał na straży „ludowej” władzy, kto ją utrwalał i jej bronił, kto decydował o zniewoleniu i bezprawiu. W końcu: czemu i komu służył IV Departament MSW, oraz inne zbrodnicze departamenty i formacje.
Dziś należy mieć nadzieję, że realny i poważny problem, jakim byli kapusie-donosiciele bezpieki nie przesłoni zbrodniczej działalności ludzi z PZPR i resortów siłowych: MBP (później MSW), Informacji Wojskowej (WSW, likwidowane potem Wojskowe Służby Informacyjne). Że mówiąc o współpracownikach będziemy także mieli więdzę o roli i „zasługach” pracowników służb specjalnych i aparatu terroru. To nasz obowiązek, szczególnie wobec braku możliwości osądzenia nieżyjących w większości zbrodniarzy, aby pamiętać zarówno o wykonawcach, czyli – w przypadku represjonowanych i mordowanych księży – funkcjonariuszach Departamentu IV MSW, jak i ich mocodawcach, czyli przywódcach komunistycznej partii i państwa.

To tekst nie na Adwent, ale… trzeba to przeczytać – STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bździągwa

Czy bździągwa musi byś stara i paskudna? Nie. Wcale nie. Bździągwa może być młoda i urodziwa. Bździągwa to głowa, szare komórki albo ich brak. Na podręczniku historii dla polskiego licealisty  powinno być napisane „Nür für Deutsche”. Bo to Niemcy dla  Niemców ten podręcznik napisali i nam wciskają. Eliminują sprawy dla Polaków ważne i drogie.

„Nie jestem Polką, jestem Europejką” – słyszę od młodej, która w życiu jeszcze nic ważnego nie zrobiła. Ale oczywiście głosowała na Platformę. Stojąc w długiej nocnej kolejce do urny.

Po 13 grudnia 1981 tysiące, takich jak ona, młodych ludzi, dla chleba i przeciw czołgom na ulicach, wylądowało na zlewozmywakach Londynu i Paryża. Teraz już doczekali się dobrej pracy. Bo większość to bardzo zdolni ludzie i pracowici. Oni nad Wisłę już nie wrócą. Nikt ich zresztą do tego nie zachęca – tu tu są kłótnie i spowolniony rozwój kraju.

Wielkie zakłady przemysłowe przestały istnieć i tak naprawdę nikt nie zamierza ich odbudować. Bo to potencjalne niebezpieczeństwo gromadzenia zbyt wielu niezadowolonych albo i wściekłych. Mogą wyjść na ulicę. Owszem, pracować dla Niemca, Holendra lub Szweda mogą. Módl się więc człowieku i pracuj. Tak jak było w wierszyku Barańczaka: z domu do pracy, z pracy do domu i tak w kółko.

Ale tym się rządzący nie przejmują. A związki zawodowe dawno już zapomniały o swoim obowiązku, że są dla ludzi, a nie ludzie dla nich.

Ładnie odbudowaliśmy nasze zachodnie ziemie dane nam na otarcie łez przez jałtańską trójkę. Zadecydował Stalin. Teraz Polaków straszy Putin. I jest on w tym straszeniu morderczo wiarygodny. Bo Rosjanie atakują bombami, Zachód broni się gadaniem i obiecankami. Na zachodzie nie ma poczucia, że jest to blisko tuż, tuż. My mamy nasze rodziny, nasze dzieci pod czułą ręką. Ale niszczymy ład własnoręcznie.

Pojawił się blond anioł z urody, ale to przybysz zagłady. Bo to, co stanowi rdzeń społeczeństwa chce zniszczyć, zapaskudzić. To wiedza, historia, tradycja nasza polska, nie niemiecka. Reszta ludu znad Wisły patrzy na to tępo. Zastygli w bezruchu jak postacie w „Weselu” Wyspiańskiego. Ot – wyjdą sobie najwyżej na spacerek. Podrepczą, a może nawet pokrzyczą.

Ponury dziś gmach w Alei Szucha będzie znienawidzony powtórnie, tak jak w czasie okupacji. Potem grzecznie wypełniający polecenia urzędnicy będą się wypierać tego, co zrobili. Przecież wszyscy są odpowiedzialni. Trudno, czasem trzeba porzucić paskudną robotę. Tylko z czym zostaną nasze dzieci i młodzież? Z niemiecką wiedzą o polskiej historii?

Przetrwaliśmy ponad tysiąc lat a teraz grupka szaleńców, zaprzańców chce nam mówić i uczyć jak szanować naszych bohaterów, na kogo wychowywać uczniów? To ma być również wiedza jak traktować dzieci, wiedza która nawet malutkim ma mówić o seksualizmie i masturbacji. Ktoś zwariował. Nowe zboczenie się pojawia – pedagogiczne.

Blondynka o nawiedzonym umyśle i obłędnym wzroku osadzona została na edukacyjnym tronie i zamienia tę ważną katedrę w pośmiewisko. Mamy naprawdę wspaniałych nauczycieli, profesorów historii, humanistyki.

Toteż tych, co się kłaniają nie naszej historii i kulturze rzućmy do luku statku towarowego morskiego, niech zabierze ich z Polski. Na przykład do Niemiec. Mają niedaleko. Hamburg, na przykład. to piękne miasto europejskie! Jedźcie sobie tam i zostańcie. Będziecie odwiedzać byłą ojczyznę. Bez wiz.

Polska złożyła się z powrotem w Niepodległość. Z ludzi trzech zaborów. Teraz też nas wystarczy. Bardzo dużo mamy lasów, wody, w tym aż 500 km wspaniałego piaszczystego, łatwo dostępnego wybrzeża. Na razie, i to w ostatnich latach, flotę handlową istotnie zmarnowaliśmy, ale na pewno odbudujemy. Najpierw wynajmiemy statki, a gdy zarobią na siebie znowu staną się w pełni polskie. Kopalnie odgrzebiemy. Huty na powrót rozpalimy. Koleje będą jeździć jak trzeba, a samoloty gdzie się da. I będą zarabiać również na cargo.

Mamy w historii wzory odbudowy choćby powojennej. Mamy bohaterów powstań, ale i bohaterów heroicznej mądrej, dobrze zorganizowanej pracy. Ruski satrapa ciężką łapą zabierał nam dużo, ale i to naród wytrzymał – a przedtem gehenny łagrowe, obozy koncentracyjne i mękę stalinowskich więzień. Nie wszystkich zbrodniarzy ukarano. Doszły nowe straszne zbrodnie. Na każdym polu, w każdym narodzie pojawiają się chwasty. Do końca nie wiadomo skąd to się bierze. Najpewniej z braku wychowania, wykształcenia a może i z robaczywej genetycznej świadomości.

Pluskwa wychodzi małą szparą. Gryzie i krew sączy. Środki zaradcze dawno już wymyślono i są łatwo dostępne. Ale trzeba chcieć pozbyć się pluskwy. Paskudztwo się rozplenia, a to zupełnie nie nasze zwierzę. To towarzysz wszy i świerzbu. Wystarczy dezynfekcja. Wiedza owa jest powszechnie dostępna. Nie trzeba jej kupować wraz z dyplomami na fałszywych uczelniach, które gromadzą oszustów i cwaniaków, nawet wysoko utytułowanych. Pozamiatajmy.

I pamiętajmy o tym, że nasze dzieci, następne pokolenia muszą przetrwać, jako przedstawiciele naszej judeochrześcijańskiej kultury, naród polski, którego nie zniewolono nigdy. Zatem i teraz, kiedy (1 grudnia 2024 r.) m.in. rodzice protestują przeciwko politycznej poprawności w szkołach, przeciwko manipulującej młodym człowiekiem ideologii twz gender i LGBT +, musimy po prostu bardziej jeszcze kochać dzieci nasze i nie nasze…

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Stratyfikacja (nie)politologiczna partii. Na początek, skalpel czy kłonica?

Życie polityczne przybiera na sile z każdym dniem. Niby nie ma jeszcze kampanii wyborczej, ale już jest. Niby nikt oficjalnie kandydatów nie zgłosił do Państwowej Komisji Wyborczej, ale partyjni wybrańcy już jeżdżą na spotkania z „elektoratem” i lansują się na potęgę, jak amerykańskie aktorki na czerwonym dywanie w Hollywood.

Różnica jednak jest taka, że aktorki odsłaniają jak najwięcej, a przyszli kandydaci na urząd prezydenta są wstrzemięźliwi jak zakonnice. Mówią jedynie, że bardzo się cieszą, że akurat przypadkiem znaleźli się we Wrześni albo w Gliwicach. Pytani o program swej ewentualnej prezydentury uśmiechają się tajemniczo i mówią, że program oczywiście mają i to wspaniały, ale jego ogłoszenie będzie, owszem, jak najbardziej, ale trochę później.

Kilku z nich nie bierze urlopów, bo oficjalnie przecież nie ma jeszcze kampanii, a oni tak po prostu wpadli przejazdem do Zgierza, bo było po drodze. Dawniej takie coś nazywało się ciężką paranoją, obecnie są to prawybory. Ale czym są te prawybory nie wiadomo, bo czegoś takiego nie ma ani w Konstytucji, ani w żadnych pomniejszych ustawach.

Kto nam funduje ustawy lub ich brak

Ta sytuacja zmusza mnie do przypomnienia sobie, a przy okazji Państwu, kto właściwie nami rządzi i kto kręci tym cały interesem. A zauważmy, że interes polityczny jest u nas niebywale żywotny i bardzo zmienny. Ten ruch na politycznej scenie zapewniają małe partie, które z hukiem, na duś, na włam wchodzą w życie parlamentarne. Te małe partie zawsze i niezmiennie negują wszystko co było przed ich powstaniem, po to tylko, żeby po wejściu do parlamentu natychmiast poszukać sobie mocniejszego koalicjanta.

I tak wespół w zespół funkcjonują pierwsze cztery lata, góra osiem. Następnie liderzy tych małych partii orientują się, że widownia polityczna straciła do nich serce, co objawia się dramatycznym spadkiem notowań. Wtedy małe partie doznają olśnienia (znaczy się ich liderzy) i ogłaszają, że dla dobra kraju łączą się z większymi partiami. Honor chowając do kieszeni i nie wspominając, co niedawno jeszcze mówili o tych większych.

Takie to mamy mechanizmy i zasady a naszym parlamencie. Takie jak w kuchni azjatyckiej: kwaśno-słodkie, smutno-wesołe. A dlaczego? Ano dlatego, że jednak nie interes kraju jest nadrzędnym celem naszych posłów i senatorów. Po latach obserwacji stwierdzam, że ogromnej większości naszych deputowanych po prostu podoba się bycie posłami lub senatorami. Zupełnie jak jednemu z bohaterów „Rewizora” Gogola – Horodniczemu, który na wieść, że dzięki protekcji fałszywego rewizora może zostać generałem, mówi: „Lubię być generałem”.

Przystępuję do opisu obecnego stanu naszego parlamentu, według klucza partyjnego. Będzie to stratyfikacja prywatna, nie podpierająca się żadnymi naukowymi teoriami, ot taka sobie forma ankiety – plebiscytu, aby nie rzec zabawy i ironii w realnych okolicznościach przed wyborami 2025 roku. Zacznę od Polskiego Stronnictwa Ludowego, bo to partia najstarsza w naszym parlamencie. Partia wywodzi się od założonego w Rzeszowie w 1895 roku, Stronnictwa Ludowego. A samo Polskie Stronnictwo Ludowe funkcjonuje od 1903 roku. W historii Polski partia PSL zapisała piękne karty, a jak jest dzisiaj, przestawię.

Władysław bez Ziemi

Władysław Kosiniak-Kamysz to współczesny polski Jan Bez Ziemi. Albowiem ludowcom kurczy się ich tradycyjny elektorat. Wieś pustoszeje, bo córki i synowie chłopstwa wykształcili się i wyjechali do miast. Ci, którzy pozostali na ziemi ojców dzielą się na dwie grupy, stosując nomenklaturę z lat 50-tych: na biedniaków i kułaków.

Biedniacy, gospodarują na kilkunastu hektarach ziemi i wolą głosować na PiS, bo ma on piękne hasła narodowe i faktycznie trochę pomagał im w przetrwaniu chudych lat.

Kułacy natomiast, to najczęściej inżynierowie rolnictwa, którzy mają gospodarstwa po kilkaset hektarów i martwią ich głównie ceny nawozów, są też przeciwko importowi płodów rolnych z Ukrainy. I to nad nimi wisi miecz zagłady w postaci porozumień handlowych Unii Europejskiej z krajami Ameryki Południowej. Jeżeli by do tego doszło, to na polskich polach należałoby zakładać jedynie pola golfowe, bo to będzie zagłada polskiego rolnictwa.

Tu kilka słów wyjaśnienia czym to jest owo porozumienie handlowe Unii Europejskiej z krajami Mercosuru.

Mercosur a sprawa polska

Mercosur zrzesza Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Boliwię. Rzecz w tym, że już w  połowie grudnia mają zakończyć się trwające od 20 lat negocjacje Unii Europejskiej z tą organizacją polityczno-gospodarczą. Projekt porozumienia zakłada utworzenie strefy wolnego handlu między nimi.

Polska sprzeciwi się podpisaniu umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a Mercosur na dotychczas wynegocjowanych warunkach. Umowy podpisywane przez UE muszą być bezpieczne dla konsumentów i rolników. Umowa z Mercosur tego kryterium nie spełniapoinformował 25 XI 2024 roku Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i przewodniczący PSL.

Dokładniej sprawę wyjaśnił minister Krzysztof Paszyk, stwierdzając, że: „Rząd apeluje do Komisji Europejskiej, aby tej umowie o wolnym handlu między Unią Europejską a krajami Mercosur nadać właściwe proporcje. To znaczy – muszą być właściwe, wyważone proporcje między interesami przemysłu, interesami rolnictwa i interesami europejskich konsumentów w kontekście bezpieczeństwa żywnościowego”.

Krótko mówiąc, zagrożenie dla polskiego rolnictwa jest niewyobrażalnie wysokie, bo niskie ceny żywności produkowanej w Ameryce Południowej sprawią, że uprawa i hodowla czegokolwiek w Polsce będą nieopłacalne. Zastanawia mnie przy tym, co robiły w tej sprawie wszystkie polskie rządy, bo to jednak negocjacje trwały bez mała ćwierć wieku. Ktoś wie?

Oczywiście Niemcom, Francuzom i Włochom takie handlowanie z Ameryką Południową może się opłacać, bo mają oni do zaoferowania, w ramach wymiany handlowej, najlepsze i najnowsze w świecie produkty wysokiej technologii. Ale my nie jesteśmy jeszcze potęgą w produkcji ani wysokiej technologii, ani samolotów, autobusów czy aut osobowych.

Genetyka ludowców

Obecnie ludowcy z PSL-u odwołują się do swoich tradycji walki o interes chłopa, obronę ziemi ojczystej oraz tradycji religijnej i kulturowej. Przy takim założeniu te „partyjne świętości” PSL-u doskonalej przedstawia jednak Prawo i Sprawiedliwość. Co prawda Kosiniak-Kamysz zapowiadał przed kilkoma laty, że jego partia będzie nowoczesną i ogólnopolską partią, szukającą poparcia wśród ogółu Polaków… Jednak wyszło jak wyszło i elektorat PSL-u się nie zmienił, tyle, że drastycznie zmalał.

Ale zmieniła się Polska i dzisiaj nie wystarczy już utyskiwanie, na wiekowe okradanie chłopa, na niewolnictwo większości polskich chłopów. Piszę o większości, bo jednak w historycznej Polsce byli nie tylko chłopi pańszczyźniani. Było też wielu wolnych chłopów, którzy się bogacili tak dobrze, że nawet pożyczali pieniądze naszej szlachcie.

Dzisiejsi politycy PSL-u nadal oczekują jakiegoś dziejowego zadośćuczynienia. Zapominają przy tym jak nędzne było w Polsce XVIII, XIX i XX wieku życie robotników, miejskiej biedoty, służących, praczek i najemnych robotników. A może nawet nie o pamięć ludowców tu chodzi, ale o to, że oni zawsze przedstawiali życie w mieście jako byt rajski. I w budowaniu starego antagonizmu wieś-miasto chłopi mają spory udział.

Ludowcy, jeśli chcą przetrwać, powinni zdjąć wreszcie ze swych sztandarów głód, nędzę i wiekowy wyzysk chłopa. Takie postawy budzą oczywiście współczucie, ale kto by tam chciał głosować, utożsamiać się ofiarami. Masochistów ostatnio u nas niewielu.

Będąc w takiej sytuacji Kosiniak-Kamysz robi coraz groźniejsze „polskie miny” (to zwrot z „Wesela” Wyspiańskiego) i coraz bardziej nadyma się narodowo, i tradycyjnie. Niewiele mu to jednak daje, bo PiS nadyma się piękniej, a tradycję hołubi głośniej.

Cichy wspólnik

PSL-owi w ich teorii chłopskiej martyrologii jakoś nie przeszkadza fakt, że byli jednak (jako ZSL) cichymi wspólnikami PZPR. A przecież ludowcy mieli za PRL swoich posłów, mieli ministrów i obsadzali wiele, bardzo wiele ważnych stanowisk w aparacie państwa. A także w powiatach i gminach.

Jednak PSL – w odróżnieniu od PZPR – nigdy nie przyznało się i nie przeprosiło za swój aktywny wkład „w dzieło budowy realnego socjalizmu w Polsce”. A taki Aleksander Kwaśniewski przepraszał, nawet trzy razy, co też jest śmieszne.

Gdy ogon macha psem

Najbardziej irytują mnie w polityce PSL ich wieczne pretensje. Liderzy partii, z Kosiniakiem-Kamyszem na czele, ciągle są obrażeni – na wszystkich, konkretnie i ogólnie. Ostatnio są obrażeni na współkoalicjantów, z którymi póki co współrządzą. Dochodzi teraz nawet do tego, że niektórzy z członków władz PSL-u mówią konfidencjonalnie, że pora już zmienić koalicjanta na PiS. Są też i tacy, którzy mówią jawnie, że nie zagłosują na Trzaskowskiego, bo wspólnym kandydatem rządzącej koalicji powinien być Szymon Hołownia. Bo to jego zgłaszali ludowcy na kandydata całej rządzącej koalicji. Nie przeszedł, więc się obrazili.

PSL-owcy nie rozumieją jednej, podstawowej zasady, że mniejszy ma mówić ciszej. Oraz tego, że w normalnym świecie to pies macha ogonem, a nie ogon psem.

Mnie ta moralna dwoistość bytu ludowców nie dziwi, nie dziwi mnie to, że oni chcą być w jakiejś koalicji i zarazem w niej nie być. Zupełnie tak samo jak ZSL przy PZPR. Nic mnie dziwi w sprawie PSL, bo dobrze wiem, że szantaż polityczny jest najczęściej używanym przez nich narzędziem politycznym. Pamiętam przecież jak już zdradzili koalicję z SLD.

A gdy chodzi o narzędzia polityczne PSL, to bliżej im do kłonicy niż do skalpela.

Co będzie dalej?

Biorąc to wszystko pod uwagę, myślę, że w następnych wyborach PSL może nie wejść do parlamentu. I nie pomogą mu nawet rzesze ludowych pociotków, którymi PSL tak sprawnie – i jak zawsze po cichu – poobsadzało teraz liczne państwowe urzędy i instytucje.

Zresztą PSL, jeszcze jako ZSL, doskonale nagradzał stanowiskami swoich działaczy. Naród o tym nie wiedział, bo ci obsadzani nie pchali się na oczy, po cichu gromadząc dobra. Ale to ciche trwanie u władzy może skończyć się głośnym upadkiem tej partii.

Oczywiście PSL-owcy mają wolność wyboru – mogą wybrać, czy zje ich niebiański PiS, czy też znikną w diabelskich czeluściach Platformy Obywatelskiej. Mogą też znormalnieć, spojrzeć na swoje notowania i „zeskromnieć”, mogą też wziąć się do roboty i od dołu przebudować swą partię – ale to dla ludowców może zabrzmieć jak wyszydzanie ich odwiecznej roli męczenników pracy na pańskim. Im się należy bez pracy.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Klub miłośników cenzury. Gazeta Wyborcza porzuciła X (dawny Twitter)

Świat cywilizowany i zachodnia myśl intelektualna nie przechodziła takiego kryzysu od czasu, kiedy Sokrates wypił cykutę. “Gazeta Wyborcza” porzuciła platformę społecznościową X (dawny Twitter). Na szczęście zacny periodyk będzie można znaleźć na platformie Blue Sky, stworzonej niegdyś przez Jacka Dorseya, dawnego twórcę Twittera.

Akcja przechodzenia na Blue Sky to fragment globalnego powyborczego trendu związanego z protestem przeciwko “sianiu dezinformacji” za pomocą X-a i w ogóle tolerancji na dezinformację, którą X ma prezentować pod rządami Elona Muska, a co miało doprowadzić do globalnej tragedii w postaci wyboru Donald Trumpa na 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.   Wcześniej na podobne działanie zdecydował się m.in. brytyjski „The Guardian”. Jak z dumą donoszą nasze zawsze poprawne czołowe serwisy biznesowe i technologiczne “do grona użytkowników Blue Sky dołączył też premier Donald Tusk”. Ale o co chodzi z tą dezinformacją?

Kto komu zabrania?

Czy X zabronił komuś coś publikować? Czy artykuły z “Gazety Wyborczej” były cenzurowane? Skądże znowu, przecież to na X-ie swoją radosną twórczość prowadził Roman Giertych. Problem polega na tym, że X, inaczej niż podczas wyborów w 2020 roku w USA, nie blokuje treści dezinformujących, czyli mówiąc krótko konserwatywnych. Stwierdzenia, że “płcie są tylko dwie” nie jest także przedmiotem błyskawicznego “shadow bana”, czyli faktycznego działania cenzorskiego ze strony enigmatycznego Pana Algorytmu, tak jak jest to w przypadku choćby Youtube, gdzie cenzura polityczna szaleje aż miło.

Brak kontroli fake newsów na X oznacza faktyczny brak lewicowo-liberalnej cenzury, która tyle razy ustawiała wybory, włącznie z tymi w 2023 roku w Polsce, kiedy przedstawiciele Big Techów, rączka w rączkę pomagali Platformie opanować algorytmiczny świat. Jakżeż dobrze musieli to rozumieć, pływać w tym jak ryby w wodzie, nasi potomkowie cenzorów, zawdzięczający tyle razy władzę wycinaniu z rynku wszystkich mediów i każdej produkcji kulturalnej, która nie była po ich myśli.

Ile ma motylek?

W wyniku tego demokratycznego protestu platforma Blue Sky zyskała tylko w ciągu jednego dnia milion użytkowników. A przynajmniej tak twierdzi, bo sami tego nie sprawdzicie. A to dlatego, że Blue Sky nie ujawnia swoich dokładnych danych, czyli cała informacja jest oparta na ich twierdzeniu. Swoją drogą – tu zabawny paradoks – wzbudziło to opór Komisji Europejskiej, która domaga się umieszczania przez Blue Sky oficjalnej informacji ilu ma użytkowników. A takiej nie ma. Są tylko nieweryfikowalne twierdzenia jej twórcy, że jest ponoć ich ponad 20 milionów (X ma ponad pół miliarda). Czasem jak widać lewicowo – liberalne dążenie do kontroli wszystkiego obraca się przeciwko samemu sobie. W sprawie tej z pytaniami do Blue Sky o komentarz zwrócił się Reuters i… nie otrzymał odpowiedzi.

Tyle w sprawie dezinformacji i uczciwej polityki informacyjnej, w które wiara miała rzekomo zaprowadzić “Gazetę Wyborczą” na nową platformę. Cóż, dobrze się stało. Szczególnie, że już wkrótce zapewne zagości tam farma Romana Giertycha. Walka z dezinformacją będzie się kręcić jak w młynie. Diabelskim, rzecz jasna.